Jakim wynikiem zakończyły się wybory prezydenckie na Białorusi? Z pewnością Aleksandr Łukaszenka nie zdobył ponad 80 proc. głosów, jak obwieściła podporządkowana mu Centralna Komisja Wyborcza. Ale też nie wydaje się, aby miał jedynie 3 proc. zwolenników, jak przez długie tygodnie kampanii wyborczej ku pokrzepieniu serc głosili sympatycy jego konkurentów. Od odpowiedzi na tak postawione pytanie zależy w gruncie rzeczy interpretacja tego, co na Białorusi się dzieje i co może dziać się w najbliższej przyszłości.
Odwołajmy się do wyników pracy niezależnych analityków, skupionych w takich społecznych inicjatywach jak Uczciwi Ludzie („Честные люди”), Gołos i Zubr, którzy podjęli się, w niełatwych warunkach, nękani przez białoruskie służby specjalne, prawidłowego policzenia głosów w sierpniowych wyborach. Z ich wspólnego raportu[1], który powstał na podstawie kopii protokołów komisji wyborczych, wynika, że fałszerstwa miały miejsce w jednej trzeciej analizowanych przypadków. Aleksandra Łukaszenki w żadnym razie nie można więc uznać za triumfatora tych wyborów. Aktywistom społecznym udało się zdobyć 1310 protokołów komisji wyborczych, co stanowi 22,7 proc. ogólnej ich liczby (na Białorusi na potrzeby wyborów prezydenckich powołano ich 5767). W „kontrolowanych” komisjach swoje głosy oddało 1 875 998 wyborców, czyli 32,2 proc. tych uprawnionych do głosowania Białorusinów, którzy wzięli udział w wyborach (5 818 995). Społeczna akcja zbierania protokołów udała się jednak głównie w dużych ośrodkach miejskich, przede wszystkim w Mińsku, gdzie zgromadzono protokoły z komisji, w których głosowało 65,9 proc. wyborców. Dla obwodu brzeskiego podobny wskaźnik wynosił 26,9 proc., a grodzieńskiego 35,9 proc. W innych regionach Białorusi akcja przebiegała z mniejszą skutecznością. Udało się zgromadzić protokoły z komisji, w których głosowało od 22,1 proc. (witebszczyzna) do 17,8 proc. (obwód homelski) wyborców. Po przeanalizowaniu danych stwierdzono, że Swietłana Cichanouska zdobyła 81 proc. oddanych głosów, czyli w liczbach bezwzględnych 471 709. Gdyby wielkości te odnieść do oficjalnego komunikatu Centralnej Komisji Wyborczej, w świetle którego Cichanouska zgromadziła 588 619 głosów w skali kraju, oznaczałoby to, że w pozostałych 4457 komisjach wyborczych (77,3 proc. wszystkich) padło na nią średnio po 26 głosów w każdej. Jest to, zdaniem autorów raportu jawnie niedorzeczne, zwłaszcza że z analizy „pozyskanych” protokołów wynikało, iż w każdej komisji zdobyła ona 360 głosów. To zresztą nie jedyny dowód fałszerstw wyborczych. Inny jest nie mniej wymowny. Otóż w 59 proc. komisji wyborczych w samym Mińsku, z których protokoły udało się zgromadzić, Cichanouska zdobyła więcej głosów nż w 100 proc. komisji znajdujących się w Mińsku, gdyby posiłkować się wyłącznie komunikatem Centralnej Komisji Wyborczej. Ale ile głosów, zdaniem niezależnych obserwatorów, zdobył Łukaszenka? Z pewnością nie 80,1 proc., jak to wynika z komunikatu CIK. W raporcie przygotowanym przez aktywistów społecznych, prócz stwierdzenia, że w około 30 proc. przypadków komisji, gdzie udało się zgromadzić biuletyny, miały miejsca fałszerstwa, nie znajdziemy odpowiedzi na tak postawione pytanie, co zresztą nie było zadaniem badających prawidłowość wyborów organizacji społecznych. Celem, które one sobie stawiały, była kwestia, czy białoruskie wybory prezydenckie można uznać za uczciwe. W świetle zgromadzonych danych odpowiedź jest oczywista – nie można.
Rosyjski dziennik ekonomiczny „Vedomosti” poddał analizie opublikowane przez platformę Gołos biuletyny z komisji wyborczych i doszedł do innych wniosków niż białoruscy aktywiści[2]. Najpierw wzięto pod uwagę 633 protokoły, które według świadectw aktywistów Gołosu nie zostały sfałszowane i oddają rzeczywisty wynik głosowania. Sporządzono je w niewiele ponad 10 proc. wszystkich białoruskich komisji wyborczych, ale nawet jeśli odnotowane tam wyniki potraktować jako pewną próbę, to wygląda ona nader interesująco. Zdaniem „Vedomosti” Łukaszenka w tych komisjach wybory wygrał. Głos na niego oddało 51 proc. wyborców, a na Cichanouską jedynie 38 proc. Drugą kwestią, która interesowała ekspertów rosyjskiego dziennika, było pytanie, na ile zgromadzone przez Gołos dane są reprezentatywne dla całej Białorusi. Jak argumentowali zatrudnieni przez rosyjski dziennik specjaliści 95 proc. osób zarejestrowanych na internetowej platformie służącej do przekazywania protokołów i zdjęć kart wyborczych to zwolennicy Cichanouskiej, a przeciwnicy Łukaszenki. Platforma Gołos zgromadziła zdjęcia 536 546 kart wyborczych przysłanych jej przez głosujących, co jest, jak zauważa dziennik, liczbą mniejszą niż oficjalne 588 622 głosy, które padły na Cichanouską. Nie to jest jednak głównym zarzutem formułowanym pod adresem reprezentatywności „próby” zgromadzonej przez stronę społeczną. Po pierwsze, jak argumentowali, w badanej próbie jest oczywista nadreprezentacja protokołów wyborczych z Mińska, a wiadomo, że w stolicy, z której pochodzi 59 proc. wszystkich protokołów, nastroje opozycyjne były i są najsilniejsze. Inne regiony, które w przeszłości głosowały za Łukaszenką, są w społecznej dokumentacji wyborczej reprezentowane słabiej (np. obwód witebski, z którego udało się zgromadzić jedynie 112 protokołów na 750 komisji, czy homelski – 109 z 997). Po drugie, w całej Białorusi znacznie aktywniej spływały na platformę Gołos protokoły z miast, co powodowało, że wieś jest w tej próbie w poważnym stopniu niedoreprezentowana.
Ciekawe, zdaniem rosyjskich ekspertów, są też wyniki z Mińska. Z oficjalnych danych wynika, że Łukaszenka zdobył w tym mieście 65 proc. głosów. Z kolei z dane pochodzące z 407 protokołów zgromadzonych przez Gołos pokazują, że na Łukaszenkę padło 59 proc. głosów. Jeśliby jednak brać pod uwagę wyłącznie te, które przez samych aktywistów strony społecznej uznawane są za niezafałszowane, a takich zgromadzono 83, to wynika z nich, że Łukaszenka zdobył 43 proc. głosów, a Cichanouska 44 proc.
Po zliczeniu głosów z pozostałych 633 protokołów, które strona społeczna uznaje za niesfałszowane, wynika, że Łukaszenka „w reszcie kraju”, po wyłączeniu stolicy, zdobył 52 proc. głosów, a Cichanouska 38 proc.
Rosyjski dziennik, powołując się zresztą na udostępnione przez platformę Gołos pliki źródłowe zawierające wszystkie zgromadzone dane[3], formułuje kontrowersyjną tezę, że w świetle udostępnionych przez „stronę społeczną” danych wybory na Białorusi niewiele ponad 50 proc. wygrał Łukaszenka, a Cichanouska zdobyła 38,3 proc. głosów.
Dane są oczywiście niepełne, niereprezentatywne, podlegały manipulacji. Komisje wyborcze „dorzucały głosy do urn”, a oficjalna frekwencja do dnia głosowania wskazuje, że główne fałszerstwa miały miejsce wtedy, kiedy społeczni aktywiści pracujący w wyborczą niedzielę nie mieli możliwości obserwowania komisji. To dlatego Gołos koncentrował się na udowodnieniu, co zresztą w świetle przedstawionego raportu się udało, że wybory zostały sfałszowane.
Znacznie trudniej na ich podstawie wnioskować, jakim poparciem wyborców cieszył się Łukaszenka. Wszelkie porównania są tym trudniejsze, że badania socjologiczne na Białorusi nie są prowadzone i można posiłkować się jedynie cząstkowymi informacjami. Niemniej jednak spróbujmy.
Jeszcze w czerwcu 2020 roku Giennadij Korszunow z Białoruskiej Akademii Nauk w rozmowie z dziennikarzami ujawnił[4], że z badań przeprowadzonych w marcu i na początku kwietnia wynikało, iż poziom zaufania wobec Łukaszenki w Mińsku wynosił 22-23 proc. Przedwyborcze sondaże przeprowadzone przy użyciu komunikatora Viber przez platformę Narodnyj Opros[5], na podstawie 45 tys. zgromadzonych odpowiedzi, które z oczywistych względów trudno uznać za próbę reprezentatywną dla Białorusi, przyniosły wyniki, w których Cichanouska uzyskała 75,2-79,8 proc. głosów, a Łukaszenka 13,5-17,9 proc. Warto przy okazji odnotować, że w podobnym badaniu przeprowadzonym przez tę samą platformę dwa tygodnie po wyborach (w badaniu przeprowadzonym 20-23 sierpnia on-line wzięło udział 12 tys. respondentów) 92 proc. badanych stwierdziło, że 9 sierpnia głosowało na Cichanouską, a 98 proc. uczestników ankiety nie wierzy, że Centralna Komisja Wyborcza w sposób prawidłowy policzyła głosy. Co ciekawe, uczestnicy sondażu zapytani, na kogo oddaliby swoje głosy, gdyby na Białorusi mogłyby odbyć się wolne wybory prezydenckie, odpowiedzieli w następujący sposób: 67,2 proc. poparłoby znajdującego się w więzieniu Wiktara Babarykę, a jedynie w 7,2 proc. Swietłanę Cichanouską. W powtórzonym w połowie września podobnym badaniu[6] Babaryka w zależności od zastosowanej metodologii cieszył się poparciem 39,33-46,01 proc. ankietowanych, a Cichanouska 3,99-5,39%.
Zarówno wyniki opublikowane przez platformę Gołos, jak i inne cząstkowe informacje na temat stanu nastrojów społecznych na Białorusi, rozpoczęły dyskusję wśród białoruskich socjologów na temat społecznego poparcia dla obozu władzy.
Dla Olega Manajewa, wywodzącego się z Białorusi profesora socjologii, obecnie pracującego w Stanach Zjednoczonych, jednego z założycieli Niezależnego Instytutu Badań Społeczno-Politycznych i Ekonomicznych, przez lata zwalczanego przez władze, wbrew dominującemu poglądowi na ten temat w Polsce i Państwach Bałtyckich, w świetle którego triumfatorką wyborów prezydenckich jest Swietłana Cichanouska, sprawa nie jest wcale tak oczywista[7]. Jego zdaniem, z pewnością zwycięzcą nie jest Łukaszenka, ale też i nie jego przeciwniczka. Po przeanalizowaniu dostępnych na ten temat szacunków i raportów niezależnych ośrodków badawczych uważa on, że nikt z tej dwójki nie wygrał wyborów w I turze. Oczywiście władze dopuściły się bardzo wielu fałszerstw, co powoduje, że nie sposób uznać wyników głosowania za miarodajne, ale również na podstawie danych, którymi dysponuje „strona społeczna”, nie można mówić o tym, że zwyciężczynią jest Cichanouska. Manajew stawia jeszcze jedną interesującą tezę. Jego zdaniem, obóz wspierający Łukaszenkę, w sensie społecznym, to nie jest wyłącznie garstka siłowików, czyli przedstawicieli służb odpowiedzialnych za tłumienie wolnościowych aspiracji swych rodaków. Tego rodzaju obraz, w jego opinii, jest daleko idącym uproszczeniem. Łukaszenka ma obecnie mniejsze poparcie społeczne niż w przeszłości, ale to nie znaczy, że nie ma go wcale. W opinii Manajewa, na podstawie znanych mu i dostępnych, choć oczywiście cząstkowych i niepełnych badań socjologicznych, można mówić o tym, że obóz władzy wspierany jest przez część wsi i prowincji, urzędników i funkcjonariuszy publicznych, a także pracowników resortów siłowych z rodzinami. Razem, jest to nadal poważna siła społeczna, którą można liczyć w milionach, choć zapewne nie większościowa, ale będąca wystarczającą opoką dla władzy. Społecznie są to ludzie mniej aktywni, nie demonstrujący swoich wyborów politycznych, przez co trudniej ich dostrzec i policzyć. Ale to nie znaczy, że oni nie istnieją. Zdaniem Manajewa, społeczny obraz tego, co obecnie dzieje się na Białorusi, jest znacznie bardziej złożony niż upraszczające rzeczywistość medialne klisze. Można mówić nie o wyalienowanej elicie władzy kontra zbuntowane społeczeństwo. Bliższy prawdzie byłby raczej obraz pękniętego społeczeństwa, z którego część, zapewne większościowa, dąży do zmian, a pozostali obawiają się ich i w związku z tym popierają obóz władzy.
Demonstracje na ulicach Mińska i innych białoruskich miast, które możemy oglądać od niemal dwóch miesięcy, świadczą, w opinii białoruskiego socjologa, o tym, że przeciwnicy Łukaszenki są bardziej zmobilizowani, a nie, że ruch sprzeciwu jest powszechny. Nie możemy mówić, że władza opiera się wyłącznie na „gołej sile”, tak jak nieuprawnionym jest twierdzenie, że wszyscy chcą zmian. Manajew argumentuje, że nawet w świetle dostępnych danych większość uczestników antyłukaszenkowskich manifestacji można zaliczyć do białoruskiej „klasy średniej”. Na ulice wyszli młodzież i studenci, przedstawiciele wolnych zawodów, przedsiębiorcy, daje się też zauważyć nadreprezentację osób związanych z białoruskim sektorem IT.
Manajew jest zdania, że być może w przypadku Białorusi można dziś mówić o niedokończonej, bo nie nastąpiła zmiana władzy, rewolucji politycznej. W sensie społecznym ona nie nastąpiła, a jedynie można zauważyć pewne przesunięcia. Lepszym, z tego punktu widzenia, określeniem dla tego, co do tej pory stało się u naszego sąsiada, byłoby powiedzenie o wykrystalizowaniu się społecznego obozu zwolenników zmian, modernizacji i westernizacji Białorusi, który zmaga się ze społecznym blokiem sił „starego porządku”. Ani modernizatorzy nie dominują, ani obóz Łukaszenki nie składa się z jednostek. A to oznacza, że rozstrzygnięcia na Białorusi nie nastąpią w ekspresowym tempie, bo siły są mniej więcej wyrównane. Nie mamy zwycięzcy białoruskich wyborów, mamy liderów dwóch obozów społecznych i politycznych, które walczą ze sobą o przyszłość kraju. Jak długo te zmagania będą trwać i czym się zakończą, nie można dziś powiedzieć.
Manajew został ostro skrytykowany za swoje tezy[8], ale jego adwersarze, prócz silnie artykułowanego przekonania, że ostatnie dwa miesiące doprowadziły do fundamentalnych zmian w myśleniu i preferencjach politycznych Białorusinów, nie byli w stanie przeciwstawić jego rozumowaniu wniosków opartych na budzących zaufanie wynikach badań społecznych, których na Białorusi się nie prowadzi. Mamy zatem do czynienia, modelowo rzecz ujmując, z przedstawicielami dwóch poglądów. Zwolennicy pierwszego głoszą, że obóz władzy znajduje się w społecznej izolacji i jest zdecydowanie mniejszościowy, zaś pozostali kwestionują ten czarno-biały schemat, argumentując, że nie tylko na Białorusi, ale także w państwach wywodzących się z systemu sowieckiego, władzy udało się zbudować szersze niż się powszechnie sądzi oparcie społeczne, i to przesądza o sile reżimu, zarówno w Mińsku, jak i w Moskwie. Zwolennikiem takiego poglądu jest Władimir Pastuchow, rosyjski socjolog i politolog, na co dzień pracujący w londyńskim University College. Na łamach „Nowej Gaziety”, tolerowanego przez rosyjskiej władze niezależnego periodyku, napisał on artykuł poświęcony białoruskiej rewolucji, a raczej źródłom jej klęski[9]. Taką właśnie Pastuchow stawia tezę, aksamitna rewolucja na Białorusi się nie udała, mało tego, zarysował się szczególnego rodzaju alians sił ancien régime, którego zwolennicy zmian nie byli w stanie pokonać, co w konsekwencji, zapewne w nieodległej już przyszłości, może doprowadzić do kolejnego zrywu, który może już nie być ani pokojowym, ani tym bardziej aksamitnym.
Punktem wyjścia rozważań Pastuchowa jest pytanie o naturę przemocy w relacjach społecznych, bo nie wierzy on w „przyrodzoną” krwiożerczość Rosjan w czasie wojny domowej czy Niemców za III Rzeszy. Podobnie zauważalna brutalność i agresja białoruskich sił porządkowych po 9 sierpnia, podkreślana przez wszystkich obserwatorów, nie bierze się, jego zdaniem, z psychologicznej ewolucji czy degradacji zwolenników władzy, ale ma raczej źródło w szczególnego rodzaju relacjach społecznych. O nich warto, zdaniem rosyjskiego socjologa, rozmawiać. Białoruscy siłowicy tłumiący demonstracje, atakujący, nieraz bardzo brutalnie bezbronne kobiety, co mogliśmy oglądać na niezliczonej liczbie filmów i nagranych relacjach, nie robili tak dlatego, że władza im nakazała, by byli „twardymi”. Rozkazy władzy, jak dowodzi, można przecież wypełniać bez szczególnego zaangażowania, ale można też być nadgorliwym. W Mińsku, a także w innych białoruskich miastach, obserwowaliśmy taką właśnie nadgorliwość. O czym ona świadczy? Ta eksplozja sadyzmu ma swoje korzenie, w opinii Pastuchowa, w szczególnego rodzaju układzie społecznym, który zbudowany został w państwach przestrzeni postsowieckiej i dotyczy w podobnym stopniu co Białorusi, również Rosji. Do tej pory błędnie przyjęło się uważać, jak argumentuje Pastuchow, że władza Łukaszenki, ale także Putina, to system chwiejnej równowagi ścierających się o wpływy różnych grup oligarchicznych żerujących na kontrolowanych przez siebie organizmach państwowych. W sensie społecznym twór dość słaby, bez zakorzenienia w liczących się warstwach społeczeństwa, skorumpowany i chwiejny. W wielu przypadkach, tak jak choćby w Armenii, gdzie w 2018 roku miała miejsce bezkrwawa „kolorowa rewolucja”, ta diagnoza była trafna. W takich systemach manifestacyjne okazanie społecznej niezgody na status quo doprowadzało do pęknięć w elicie władzy, w której równowaga sił zawsze była dość krucha, przejścia jej części na stronę liderów protestu, co doprowadzało do nowego konsensusu politycznego, obalenia starego reżimu i stabilizacji sytuacji. Takie procesy, prócz oczywiście Armenii, miały też miejsce kilka razy w środkowoazjatyckim Kirgistanie, w Gruzji i na Ukrainie. Specyfika Rosji, ale również Białorusi, jest jednak odmienna. Zbudowanego tam przez ostatnie dwa dziesięciolecia systemu polityczno-społecznego nie można opisać w kategoriach wąskiej elity, wyalienowanej ze społecznej masy, żerującej na zawłaszczonym państwie. W istocie mamy do czynienia ze znacznie szerszym, społecznym zapleczem władzy, zarówno Putina, jak i Łukaszenki. Z grubsza rzecz biorąc, Putinowi i Łukaszence udało się zbudować, w sensie społecznym, inkluzywny system, który przyciągnął będące niejako „w systemie” liczące się grupy społeczne. Na Białorusi mamy zatem do czynienia z warstwami społecznymi, które są na różne zresztą sposoby wbudowane w system sprawowania władzy i z ludźmi ten system kontestującymi. Gdyby patrzeć na liczebność obu grup, to nie są one równe, ale siła związana z narzędziami, które każda z nich jest w stanie mobilizować, nadal jest po stronie „systemu władzy”.
Dlatego baza społeczna, na której może oprzeć się tyrańska, czy neototalitarna, jak ją określa Pastuchow, władza, jest znacznie szersza, niż przyjęło się uważać, a z pewnością wystarczająca, aby się obronić. Z tego też powodu mitologia „miliona”, rozpowszechnione w kręgach tamtejszej demokratycznej opozycji przekonanie, że jeśli na ulice protestować wyjdzie milion osób, to władza ustąpi, a być może nawet upadnie, jest w opinii Pastuchowa, złudzeniem. Władza nie upadnie, bo o swoje interesy będzie walczyć nawet z bronią w ręku. Zbudowane przez nią społeczne zaplecze tylko jej tę walkę ułatwi i zagwarantuje, że to nie pokojowa rewolucja, a uzbrojony obóz władzy odniesie końcowy sukces.
W opinii Pastuchowa taki społeczny układ sił w państwach przestrzeni postsowieckiej powoduje, iż strategia „pokojowych rewolucji”, naśladowanie Gandhiego, jest z góry skazana na niepowodzenie. Non violence był skuteczny w Indiach, gdzie po drugiej stronie stali Brytyjczycy, a raczej kolejne pokolenie elity kolonialnej, pragnące na dodatek zapomnieć o brutalności swoich ojców i dziadów z czasów Wojny Burskiej, ale nie będzie skuteczny ani w Moskwie, ani też w Mińsku.
Do rozważań na temat wyników niedawnych wyborów prezydenckich na Białorusi, które w gruncie rzeczy odczytywać należy jako spór na temat układu sił społecznych i społecznego zaplecza władzy, włączył się też pracujący na rzecz brytyjskiego Chatham House, politolog Ryhor Astapenia. Na swoim koncie na platformie Telegram napisał on[10], że po wstępnej analizie wszystkich dostępnych informacji na temat niedawnych wyborów prezydenckich jego zespół doszedł do wniosku, że Swietłana Cichanouska zdobyła 9 sierpnia 52,2 proc. głosów, a Aleksandr Łukaszenka 20,6 proc. Jednak jak zaraz zaznaczył, błąd badania nie pozwala jednoznacznie i twierdząco powiedzieć, że Cichanouska wygrała białoruskie wybory. W jego opinii co najwyżej można powiedzieć, że wygrała ich pierwszą turę, a to oznacza, że w świetle dostępnych danych nie ma ona demokratycznego mandatu. Nie ma go również Łukaszenka, którego legitymacja, po przeprowadzonej „tajnej” uroczystości zaprzysiężenia, nawet dla większości obserwatorów rosyjskich jest wątpliwa[11].
Badania, które prowadzone były w dniach między 22 a 28 września br., a zatem już nie tylko w nowej, powyborczej rzeczywistości, ale również po ponad miesiącu trwania demonstracji odsłaniają intrygujący obraz białoruskiego społeczeństwa.[12] Badania przeprowadzono na próbie 899 respondentów, co oznacza, że w grupie odpowiedzi powyżej 50 %, margines błędu pomiaru wynosi 3,27 %; do 25 % wynosi on 2,83%; do 10 % jest to 1,96 % i odpowiednio w grupie odpowiedzi do 5 % margines błędu pomiaru wynosi 1,42%.[13]
80,7 % ankietowanych brało udział w wyborach 9 sierpnia. Z tej grupy 85,9 % głosowało w dzień wyborczy, co oznacza, że doniesienia Centralnej Komisji Wyborczej o nadspodziewanie wysokiej frekwencji w dniach poprzedzających dzień głosowania w sposób oczywisty nie odpowiadają prawdzie. 70,1 % badanych zgadza się z poglądem, iż wyniki wyborów zostały sfałszowane, z czego 53,5 % całkowicie, zaś 17,6 % częściowo.[14]
61,6 % ankietowanych całkowicie popiera pokojowe protesty jakie mają miejsce na Białorusi, a 71,2 % jest zdania, że przedstawiciele resortów siłowych w dniach 9-11 sierpnia zareagowali w sposób nieadekwatny do sytuacji, zbyt brutalny. Warto odnotować, że 24,4 % ankietowanych deklarowało usatysfakcjonowanie sposobem przeprowadzenia wyborów, nawet jeśli zgadzali się z tezą, że mogły one być lepiej zorganizowane i bardziej transparentne. Kolejne 14,4 % osób, które uczestniczyły w badaniu miało problemy z odpowiedzią na pytanie czy zadowoleni są z wyniku wyborów i sposobu ich organizacji. Oznacza to, że po miesiącu trwania protestów nadal niemal 1/3 Białorusinów albo pozytywnie odnosiła się do wyników wyborów 9 sierpnia, albo nie miała na ten temat wyrobionej opinii. Większe negatywne emocje, niźli wyniki wyborów prezydenckich wzbudzała nieadekwatna, nadmiernie brutalna reakcja władz na powyborcze protesty. Choć nadal 20,8 % ankietowanych zgadzało się z poglądem, iż działania służb porządkowych były uzasadnione, a 15,9 % nie miało na ten temat wyrobionej opinii.[15]
72,1 % Białorusinów opowiadało się za wariantem rokowań między władzą a przedstawicielami protestujących, a w kwestii perspektyw trwania demonstracji głosy rozkładały się względnie równomiernie – 37,9 % było zdania, że ich intensywność maleje, 32,4 % nie miało na ten temat zdania i jedynie 29,7 % nie zgadzało się z tezą o wygasaniu protestów.
Wśród odpowiedzi na temat stosunku ankietowanych do głównych żądań protestujących warto zauważyć różnicę między znacznie większą grupa opowiadającą się za nowymi, przejrzystymi wyborami prezydenckimi (69,4 %) a domagającymi się natychmiastowego odejścia Aleksandra Łukaszenki (55,6 %). Podobnie znacznie więcej zwolenników (79,7 %) zdobyła teza o konieczności zaprzestania przez władze represji wobec społeczeństwa.[16]
W badaniu zarysowało się istnienie silnie zdeterminowanej grupy Białorusinów gotowych uczestniczyć w demonstracjach (65,2 % ankietowanych), ale i liczącej sobie około 30 % społeczeństwa (29,3 %) wyraźnych przeciwników „kryterium ulicznego”. Na potencjał przedłużania się demonstracji wskazywały odpowiedzi (83,9 %) ankietowanych, którzy deklarowali branie w nich udziału „tak długo jak to będzie potrzebne aby osiągnąć sukces”.
Interesujący obraz zróżnicowania poglądów Białorusinów dają odpowiedzi na pytania o polityczną perspektywę rozwiązania kryzysu. I tak 33,5 % ankietowanych było zdania, że protesty doprowadzą do konstytucyjnej reformy i powtórnych, przeprowadzonych w 2022 roku wyborów prezydenckich. 34,5 % uważało, że w sposób pokojowy lub w „wariancie siłowym” władzę przejmie Komisja Koordynacyjna, zaś 25,9 % wyznawało pogląd o utrzymaniu steru władzy w rękach Aleksandra Łukaszenki.[17] 54 % badanych było zdania, że jeśli cena za odejście Łukaszenki miałby być poważny kryzys gospodarczy na Białorusi, to tego rodzaju scenariusza należy za wszelką cenę uniknąć. 40,3 % badanych wystawiało Komisji Koordynacyjnej oceny 1 i 2 w skali od 1 do 5. Za neutralnych wobec głównego gremium reprezentującego białoruski ruch protestu można uznać kolejne 30,2 % (ocena 3), zaś grupa zdecydowanych zwolenników pozytywnie oceniających dotychczasowe osiągnięcia Komisji Koordynacyjnej, to jedynie 29,5 % ankietowanych. Nieco lepiej oceny tego gremium wypadały pod względem zaufania społecznego – cieszyła się ona zdecydowanym lub warunkowym zaufaniem 48,3 % uczestniczących w badaniu, zaś całkowita wobec niej nieufność deklarowało 24,8 % badanych, kolejne 9 % „częściowo nie ufało” Komisji Koordynacyjnej.
54,9 % ankietowanych oczekiwało od parlamentarzystów zainicjowania dialogu władzy z opozycją, zaś 50,2 % powołania specjalnej komisji mającej zająć się badaniem przypadków naruszenia prawa w trakcie tłumienia demonstracji po wyborach.[18]
Warto też zwrócić uwagę na pytania zadawane w trakcie badania, które dotyczyły geostrategicznej orientacji Białorusinów i kwestii ich tożsamości. Większa grupa ankietowanych (42,2 %) uznawała i identyfikowała się z oficjalną biało-zieloną flaga państwową, podczas gdy z tradycyjną biało – czerwono – biała symboliką identyfikowało się 38,2 % badanych. 59 % zaliczało się do przeciwników sankcji na szerszą skalę nałożonych na Białoruś w przypadku utrzymywania się polityki łamania praw człowieka. 66,4 % popierało tezę, iż w przypadku transferu władzy przedstawiciele obecnego reżimu winni mieć zakaz sprawowania funkcji w nowych władzach. 41,1 % ankietowanych opowiadało się za polityką „równego dystansu” (kolejne 22,6 % zgodziło się z poglądem, że Białorusi „jest najlepiej poza blokami geopolitycznymi”) wobec bloków geostrategicznych, która umożliwiałaby współpracą zarówno z Rosją jak i z Unią Europejską. Zwolenników orientacji na Rosję było 27,2 %, zaś na Unię Europejską jedynie 9,1 %. Wreszcie 35,1 % ankietowanych opowiedziało się za strefa wolnego handlu z Rosją, a kolejne 39,8 % za „wspólna przestrzenią gospodarczą”, która nie byłaby polityczną unią. Jedynie 4,5 % badanych opowiedziało się za wejściem Białorusi w skład Federacji Rosyjskiej.
Z badania tego wyłania się obraz społeczeństwa, które nie dzieli się na zdecydowanie większościową „stronę społeczną” i przeciwstawiającą się mu garstkę zwolenników władzy. Społeczne zaplecze rządów Aleksandra Łukaszenki nadal utrzymuje się na poziomie ok. 30 % uczestniczących w badaniu. Gdyby nie nadmierna brutalność przedstawicieli sił porządkowych w dniach po głosowaniu 9 sierpnia, to skala sprzeciwu społecznego i determinacje protestujących byłaby zapewne znacznie mniejsza.
Komisje Koordynacyjną, w świetle wyników badań przeprowadzonych przez Chatham House, trudno uznać za reprezentantkę większości białoruskiego społeczeństwa, choć cieszy się poparciem niemal połowy Białorusinów, którzy jednak dość powszechnie opowiadają się za wariantem pokojowego transferu władzy, najlepiej w wyniku rozmów między obozem rządowym a opozycję. Nie można również, w świetle ankiety, powiedzieć, aby Białorusini byli zwolennikami geostrategicznej reorientacji kraju, raczej z powodów zapewne pragmatycznych, opowiadają się za współpracą zarówno z Rosją jak i z kolektywnym Zachodem, chcąc aby związki z Federacja Rosyjską niemal wyłącznie ograniczały się do sfery gospodarczej i nie obejmowały politycznej unifikacji obydwu organizmów państwowych.
Perspektywa Rosji
W opinii rosyjskich elit obecna sytuacja Białorusi może być scharakteryzowana w następujący sposób – w kraju miało miejsce pęknięcie społeczne na tle sporu o wybory prezydenckie, czy szerzej przyszłość kraju na razie mówić o rewolucji politycznej. W ten sposób sytuację na Białorusi, w wywiadzie dla niezależnego kanału telewizyjnego Dożd, wprost scharakteryzował Konstantyn Kosaczew, szef komisji spraw zagranicznych izby wyższej rosyjskiego parlamentu[19]. To rozróżnienie na społeczny i polityczny wymiar białoruskiej rewolucji ma w myśleniu rosyjskim istotne konsekwencje. Otóż, jak zauważa w tym wywiadzie, stworzenie wspólnego państwa wymaga przede wszystkim porozumienia społeczeństw i obopólnej, niewzruszonej woli funkcjonowania w jednym organizmie państwowym, trochę na podobieństwo niemieckiego procesu zjednoczeniowego. Integracja państwowa Rosji i Białorusi, nawet jeśli elity obu państw osiągnęłyby co do tego porozumienie, bez społecznie dominujących trendów na rzecz zjednoczenia może doprowadzić co najwyżej do zwielokrotnienia problemów po tym, jak zbuduje się twór słaby, bez legitymacji i kwestionowany przez liczące się siły społeczne. Z tego też względu, jak zauważa, obecnie nie ma mowy o połączeniu obu państw, można co najwyżej mówić o ich aliansie politycznym.
Kształt tego aliansu, w opinii białoruskich obserwatorów, wyznaczany jest z jednej strony międzynarodową izolacją Łukaszenki i jego wewnętrzną słabością, a z drugiej politycznymi celami Federacji Rosyjskiej. Już „na obecnym etapie”, jak zauważają[20] niektórzy białoruscy eksperci, Putin przejął kontrolę nad polityką wojskową Mińska, w gruncie rzeczy doprowadzając do ustanowienia „rotacyjnej” obecności wojskowego kontyngentu rosyjskiego na terenie Białorusi, co dla niepoznaki przykryte jest zaplanowaną na najbliższe jedenaście miesięcy serią wspólnych manewrów wojskowych, a obecnie zaczyna sprawować kontrolę nad polityką zagraniczną Białorusi. Serię dymisji z białoruskiego MSZ-u, jaka miała miejsce w ostatnich tygodniach[21] (z pracy zrezygnował nawet syn ministra Makieja)[22], które do tej pory interpretowane były w kategoriach sprzeciwu najbardziej prozachodniej części białoruskiego establishmentu wobec „nowych porządków”, można równie dobrze interpretować jako działania wymuszone przez nowych „patronów” czy dobrowolne odejścia urzędników oceniających, że w nowych realiach drogi ich kariery zostały zablokowane. Polityka Mińska polegająca z jednej strony na niepodejmowaniu kontaktu z liderami państw Zachodu (słynna odmowa przez Łukaszenkę rozmowy telefonicznej z kanclerz Merkel), z drugiej zaś celowo zaostrzająca relacje z państwami ościennymi[23], prowadzi do sytuacji, dostrzeżonej zresztą już przez białoruskich politologów, że jedynym kanałem komunikacji Zachodu z Mińskiem staje się Moskwa. O faktycznej zgodzie na przejmowanie takiej funkcji przez Moskwę świadczy w opinii wielu białoruskich analityków symboliczny charakter europejskich sankcji wobec białoruskich elit oficjalnych i nieobjęcie nimi, ponoć na prośbę Kremla, samego Łukaszenki[24]. W efekcie, jak zauważył Walerij Karbalewicz, białoruskie państwo już obecnie zrezygnowało z niektórych swoich funkcji i z samodzielnego podmiotu przekształciło się w instrument obrony chwiejącego się reżimu[25]. Doskonale zresztą widać to na przykładzie projektu przyszłorocznego budżetu, w którym założono kilkunastoprocentowy wzrost wydatków na „resorty siłowe” przy jednoczesnych cięciach, w obliczu kryzysu finansów publicznych”, w innych obszarach[26].
Moskwa udziela obecnie swojego „wsparcia” także białoruskim mediom. Już kilka dni po rozpoczęciu protestów do białoruskiej stolicy zjechała duża grupa dziennikarzy z „Russia Today” i pracowników technicznych rosyjskiej telewizji, która pracuje tam do dzisiaj, co w praktyce oznacza kontrolowanie przez Rosję narracji propagandowej reżimu[27].
W trakcie spotkania Łukaszenki z Putinem w Soczi ustalono warunki finansowego zasilenia białoruskiego budżetu przez Moskwę[28], a dodatkowo w związku z problemami związanymi z obroną kursu tamtejszego rubla premier Federacji Rosyjskiej Michaił Miszustin polecił udzielenie przez filie rosyjskich banków aktywnego wsparcia w tym zakresie[29]. Blokada dostępu Białorusi do międzynarodowych rynków finansowych w połączeniu z faktem, że rosyjskie banki kontrolują 25 proc. tamtejszego systemu bankowego[30], a Moskwa, w obliczu wstrzemięźliwości Pekinu[31], jest obecnie jedyną realną opcją pozyskania przez reżim zewnętrznego finansowania, powoduje, że Rosja de facto kontroluje dziś system finansowy swojego sąsiada. W efekcie Kreml, jak zauważa[32] analityczka moskiewskiego Centrum Carnegie, nie musi szybko przejmować kontroli nad co cenniejszymi białoruskimi aktywami gospodarczymi, bo ma na to jeszcze czas. Teraz musi dbać o międzynarodowe uznanie ewentualnych rosyjskich akwizycji.
Polityka Łukaszenki, który w charakterze retorsji wobec Państw Bałtyckich wspierających prodemokratyczne protesty zadeklarował przesunięcie strumieni towarowych przepływających do tej pory przez porty Litwy i Łotwy, a także rozpoczął akcję represjonowania firm logistycznych z tych krajów[33], sprzyja w gruncie rzeczy przejęciu przez Rosję kontroli nad marżami eksportowymi białoruskich firm. Jeśli bowiem jedyną możliwością utrzymania rentowności białoruskiego eksportu, który w świetle deklaracji Łukaszenki winien zostać przekierowany do rosyjskiego portu w Ust-Łudze, będzie stosowanie przez rosyjskie Koleje Państwowe obniżonych stawek przewozowych na białoruskie towary, to kontrola nad ich wysokością daje Moskwie kolejne narzędzie oddziaływania[34].
Podobne skutki będzie miała decyzja Mińska o uruchomieniu elektrowni atomowej w Ostrowcu, w sytuacji kiedy sąsiednie państwa poinformowały o decyzji wstrzymania się od zakupów produkowanej tam energii. W efekcie inwestycja, której celem miała być poprawa sytuacji finansowej Białorusi i zwiększenie jej stopnia energetycznej samodzielności, stanie się czynnikiem wzmacniającym uzależnienia od Rosji, kraju kontrolującego harmonogram spłaty kredytów zaciągniętych na budowę elektrowni i jednocześnie mogącego „odbierać” jej nadwyżki produkcyjne. W przeciwnym razie Białorusi grozi nawet dwukrotny wzrost cen energii[35].
- Zachód
Yauheni Preiherman, twórca i dyrektor półniezależnego think thanku Miński Dialog, napisał[36], komentując obecną sytuację, że przyjęte przez Unię Europejską sankcje wobec reżimu Łukaszenki nie mają szans wywrzeć „żadnego efektywnego wpływu na Mińsk, nawet jeśli zostaną rozszerzone”. Inni białoruscy analitycy, tacy jak Artem Schreibmann[37], są zdania, że unijne działania mają charakter symboliczny, głównie po to, by uspokoić własne sumienie, a wyłączenie z listy osób objętych restrykcjami Łukaszenki, ponoć na prośbę Moskwy, świadczy o tym, że Europa już pogodziła się z myślą, że na Białorusi panem sytuacji i głównym rozgrywającym jest Rosja[38]. Paradoksalnie, Swietłana Cichanouska, liderka i symbol białoruskiej opozycji, wzywając w Berlinie po spotkaniu z Angelą Markel, by Władimir Putin stał się, wespół z innymi liderami państw europejskich, mediatorem w białoruskich sporach i pomógł uruchomić proces politycznych zmian, również potwierdziła tę diagnozę[39]. Europa nie ma chęci konfrontowania się z Moskwą, a zdaniem wielu ekspertów tylko presja na Rosję, w tym sankcje, mogłyby doprowadzić do przełomu w Mińsku. Podobną opinię formułuje Preiherman również jeśli chodzi o politykę Stanów Zjednoczonych w obliczu białoruskiego kryzysu. W jego ocenie Waszyngton, gdyby zdecydował się zagrać twardo, wprowadzając wymierzone w Białoruś sankcje, a równolegle grozić ich rozciągnięciem na Rosję, mógłby jeszcze zmienić sytuację, ale w tej chwili trudno sobie wyobrazić, by się na taki krok zdecydował. Inni analitycy są zdania[40], że słaba reakcja Stanów Zjednoczonych na białoruskie wydarzenia jest z jednej strony świadectwem spadku zainteresowania regionem, z drugiej efektem próby poszukiwania pól pragmatycznej współpracy z Moskwą. Arsen Sivitski z Center for Strategic and Foreign Policy Studies jest wręcz zadnia[41], że niedawne rozmowy toczone przez zastępcę Sekretarza Stanu Stephena Bieguna w Mińsku ze Swietłaną Cichanouską, a następnie w Moskwie z Sergiejem Ławrowem, miały na celu znalezienie formuły współpracy między Rosją a Stanami Zjednoczonymi celem rozwiązania białoruskiego węzła. Sivitski podobnie zresztą ocenia ostatnie inicjatywy prezydenta Francji[42].
W amerykańskich mediach opiniotwórczych zdaje się dominować pogląd, że Białoruś znajduje się w strefie wpływów geostrategicznych Moskwy. Zachód, zajęty zresztą swoimi sprawami, nie powinien więc, po to aby stabilizować sytuację, ingerować w to, co się dzieje u naszego sąsiada. Vladislav Dawidzon na łamach „Foreign Policy” napisał[43], że „im dłużej trwa bój między Łukaszenką a opozycją, która rządzi ulicami wszystkich miast i miasteczek Białorusi, tym bardziej prawdopodobne jest, że o przyszłości narodu zadecyduje raczej Moskwa niż Mińsk”. Z kolei przywoływany już Preiherman wespół z Thomasem Grahamem we wpływowym amerykańskim periodyku „Foreign Affairs” wezwali Waszyngton do znalezienia odpowiedzi na białoruski kryzys polityczny w taki sposób, by uniknąć niepożądanej rosyjskiej odpowiedzi i ryzyka przekształcenia Białorusi w pole konfrontacji z Moskwą. „Aby uniknąć takiego scenariusza – argumentują – Stany Zjednoczone i Unia Europejska muszą oprzeć swoją politykę na jasnej ocenie słabości ruchu protestacyjnego i siły Moskwy. Powinni szukać pośredniego rozwiązania, które przyspieszy odejście Łukaszenki i uzna bliskie więzi Rosji z tym krajem”[44]. Warto przypomnieć, że Thomas Graham jest jednym z inicjatorów listu otwartego ponad setki przedstawicieli amerykańskiego establishmentu strategicznego, w którym padają propozycje, by „zaakceptować Rosję taką, jaka ona jest” i poszukiwać z Moskwą pragmatycznych obszarów kooperacji, zwłaszcza w tych rejonach świata, które dla Stanów Zjednoczonych nie są pierwszoplanowe. Konkluzja ich wspólnego wystąpienia doskonale, jak się wydaje, oddaje stan nastrojów i aspiracje kolektywnego Zachodu. „Białoruś po Łukaszence – piszą Preiherman i Graham – blisko związana z Moskwą, ale z lepszymi relacjami z Zachodem, pozostaje możliwym średniookresowym rezultatem obecnego kryzysu”.
- Co dalej?
Trwałe przesunięcia nastrojów społecznych nie następują szybko, choć jednak już można zauważyć znamienne trendy. Z przeprowadzonych na początku listopada przez zespół profesora Andrieja Vardomackiego badań wynika, że poglądy Białorusinów na temat najlepszej geostrategicznej orientacji ich ojczyzny zaczynają ulegać powolnej ewolucji.[45] 40 % ankietowanych opowiedziało się za związkami z Rosją, podczas gdy w podobnym badaniu, które miało miejsce miesiąc wcześniej zwolenników orientacji „na Wschód” było 51,6 %. Zwiększeniu, choć w mniejszym stopniu uległa liczba zwolenników związków z Zachodem. O ile w październiku było ich 26,7 %, o tyle w listopadzie 33 %. W opinii Vardomackiego przesunięcia te mogą być świadectwem refleksji społecznej pod wpływem brutalnych represji władz, pozorowania przez nie dialogu społecznego i niechęci do wprowadzenia jakichkolwiek reform gospodarczych. Nie są to jednak zmiany tektoniczne, a przypominają jedynie obserwowaną już wcześniej, do 2004 roku, na Białorusi, sytuację dwuwektorowości, czy raczej współwystępowaniu dwóch grup społecznych opowiadających się za odmiennymi geostrategicznymi orientacjami kraju. Z tego punktu widzenia białoruska opinia publiczna do pewnego stopnia przypominać zaczyna podziały obserwowane na Ukrainie, z tą wszakże różnicą, że na Białorusi opcja proeuropejska jest nadal słabsza i w mniejszości. Tym nie mniej rysujący się trend musi doprowadzić do zapalenia się „czerwonych światełek” na Kremlu, bowiem jednym z najczęściej podnoszonych przez rosyjskich komentatorów zagrożeń z jakimi spotkać się może polityka wspierania przez Federację Rosyjską reżimu Łukaszenki jest trwałe poróżnienie białoruskiej opinii publicznej z Moskwą, która zacznie być postrzegana w kategoriach punktu oparcia dla znienawidzonego reżimu. Przy czym opozycja jest, w królestwie opinii publicznej, nadal zbyt słaba aby wymusić prodemokratyczne zmiany, a władza nie jest w stanie kreować i realizować celów pozytywnych. Innymi słowy na Białorusi nastąpiła sytuacja patowa. Przerwać ją może albo ponowny wybuch społecznego sprzeciwu albo polityczna interwencja Moskwy, chcącej wyprzedzić niepożądany rozwój wydarzeń.
Autor: Marek Budzisz
[1] https://drive.google.com/file/d/1kSprtBUUtS1vb-W_jc4QJkPkoZPJBWxd/view (06.10.2020)
[2] https://www.vedomosti.ru/society/articles/2020/09/16/840201-golosov-tihanovskaya (06.10.2020)
[3] https://drive.google.com/file/d/134YeinlH7YH5LKiBHTmHTWXBmW39MUFx/view (06.10.2020)
[4] https://www.facebook.com/notes/%D0%BC%D0%B0%D1%80%D0%B8%D0%BD%D0%B0-%D0%BA%D0%BE%D0%BA%D1%82%D1%8B%D1%88/%D1%86%D0%B5%D0%BD%D1%82%D1%80%D0%B8%D0%B7%D0%B1%D0%B8%D1%80%D0%BA%D0%BE%D0%BC-%D0%BD%D0%B0%D0%B4%D0%BE-%D1%80%D0%B0%D0%B7%D0%B3%D0%BE%D0%BD%D1%8F%D1%82%D1%8C/3082482335169821/ (18.08.2020)
[5] https://drive.google.com/file/d/1DuAlRGe7B0JGEcB0dKr2YSj-t5XMqIA6/view (06.10.2020)
[6] https://drive.google.com/file/d/1fRoFYbdp1_0Y72PiFnXKUgiCDOQyKELN/view (06.10.2020)
[7] https://www.dw.com/ru/oleg-manaev-501-golos-mogli-ne-nabrat-ni-lukashenko-ni-tihanovskaja/a-55131952 (04.10.2020)
[8] https://belaruspartisan.by/politic/514315/ (06.10.2020)
[9] https://novayagazeta.ru/articles/2020/09/14/87084-revolyutsiya-othodit-s-belorusskogo-vokzala (14.09.2020)
[10] https://t.me/astapenia/335 (07.10.2020)
[11] https://www.mk.ru/politics/2020/09/23/prichinoy-taynoy-inauguracii-lukashenko-stal-styd.html (07.10.2020);
[12] What Belarusians Think About Their Country’s Crisis, https://www.chathamhouse.org/2020/10/what-belarusians-think-about-their-countrys-crisis (03.11.2020)
[13] Tamże, s. 2.
[14] Tamże, s, 7 – 8.
[15] Tamże, s. 6 – 9.
[16] Tamże, s. 10 – 11.
[17] Tamże, s. 15.
[18] Tamże, s. 17 – 21.
[19] http://svop.ru/main/34620/#more-34620 (01.10.2020)
[20] https://naviny.by/article/20200930/1601444202-putin-perehvatyvaet-u-lukashenko-kontrol-nad-voennoy-politikoy-belarusi (30.09.2020)
[21] https://news.tut.by/economics/701105.html (20.09.2020)
[22] https://nashaniva.by/?c=ar&i=259612&lang=ru (07.10.2020)
[23] https://belaruspartisan.by/politic/514004/; https://naviny.by/new/20201002/1601628438-belarus-vvodit-otvetnye-sankcii-v-svyazi-s-resheniem-es (02.10.2020); https://amp-charter97-org.cdn.ampproject.org/c/s/amp.charter97.org/ru/news/2020/10/6/395916/ (06.10.2020)
[24] https://belaruspartisan.by/politic/514464/ (07.10.2020); https://belaruspartisan.by/politic/514019/ (02.10.2020).
[25] https://thinktanks.by/publication/2020/10/05/valeriy-karbalevich-gosudarstvo-fakticheski-samolikvidirovalo-nekotorye-svoi-funktsii.html (04.10.2020)
[26] https://naviny.by/article/20201005/1601904005-skolko-deneg-gosudarstvo-tratit-na-silovikov (05.10.2020)
[27] https://isans.org/wp-content/uploads/2020/10/alexander-morozov-politicheskij-krisis-v-belarusi.pdf (08.20.2020), s. 9
[28] https://www.finanz.ru/novosti/aktsii/putin-odolzhil-lukashenko-$1-5-mlrd-1029586254 (14.09.2020)
[29] https://telegraf.by/politika/rossijskij-premer-mishustin-poobeshhal-lukashenko-zashhishhat-nezavisimost-belarusi-i-napomnil-pro-sojuznoe-gosudarstvo/ (03.09.2020).
[30] https://carnegie.ru/commentary/82810 (03.09.2020)
[31] https://carnegie.ru/commentary/82621 (02.09.2020)
[32] https://carnegie.ru/commentary/82810 (29.09.2020)
[33] https://naviny.by/article/20200923/1600884865-biznes-neset-ubytki-belorusskaya-tamozhnya-usilenno-dosmatrivaet-vse (23.09.2020)
[34] https://trans.info/de/lukashenko-hochet-pereorientirovat-belorusskie-gruzyi-v-obhod-pribaltiki-i-polshi-202890 (08.10.2020); https://www.kommersant.ru/doc/4476791 (04.09.2020); https://naviny.by/article/20200928/1601295530-peretekut-li-belorusskie-gruzy-v-rossiyskie-porty (29.09.2020)
[35] https://www.kommersant.ru/doc/4475507?from=main_sujet (01.09.2020); https://ecohome-ngo.by/otsenka-sebestoimosti-proizvodstva-elektroenergii-na-ostrovetskoj-aes-i-eyo-vliyanie-na-energeticheskij-kompleks/; https://naviny.by/article/20201004/1601805227-kak-zapuskayut-belorusskuyu-aes-i-chto-s-ney-ne-tak (04.10.2020)
[36] https://minskdialogue.by/research/opinions/izmereniia-politicheskogo-krizisa-v-belarusi (08.10.2020)
[37] https://t.me/shraibman/278 (02.10.2020)
[38] https://belaruspartisan.by/politic/514464/ (07.10.2020)
[39] https://www.ng.ru/cis/2020-10-07/5_7983_belorussia.html (08.10.2020)
[40] https://isans.org/wp-content/uploads/2020/10/alexander-morozov-politicheskij-krisis-v-belarusi.pdf, s. 12 -13.
[41] https://t.me/forstrategy/80 (01.10.2020)
[42] https://t.me/forstrategy/87 (09.10.2020)
[43] https://foreignpolicy.com/2020/08/31/belarus-protests-lukashenko-putin-time-running-out/ (08.10.2020)
[44] https://www.foreignaffairs.com/articles/europe/2020-10-02/dont-put-belarus-middle (08.10.2020)
[45] https://www.kommersant.ru/doc/4583283 (20.11.2020)
Zadanie jest finansowane ze środków otrzymanych z Narodowego Instytutu Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego w ramach Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018-2030 PROO


Marek Budzisz
Dziennikarz, historyk, doradca ministerialny w rządzie Jerzego Buzka. Analityk zajmujący się tematyką postsowieckiego Wschodu. Publikuje na swoim blogu Wieści z Rosji (Salon24) oraz w Tygodniku TVP, Nowej Konfederacji, Dzienniku Gazecie Prawnej, Rzeczach Wspólnych, WGospodarce, Gazecie Bankowej, Tygodniku Solidarność. Autor książki „Koniec rosyjskiej Ameryki”. Związany z think-tankiem Jacka Bartosiaka Strategy&Future.