W dwóch największych miastach Korei Południowej, stołecznym Seulu oraz Busanie, 7 kwietnia odbyły się wybory prezydenckie. Szefów miast wybierano wcześniej niż planowano, ponieważ kadencje poprzedników zakończyły się w atmosferze skandalu. Głosowanie z dużą przewagą wygrała opozycja. Co w takim razie sugeruje to wobec najbliższych lat w polityce samej Korei jak i w relacjach z USA?

W Seulu kandydat konserwatystów z Partii Siły Narodu (People Power Party, 국민의힘) O Se-hun pokonał kontrkandydatkę z rządzącej Partii Demokratycznej (Democratic Party 민주당) Park Yeong-seon wynikiem 57,5 proc. do 39,2 proc. Z jeszcze większą przewagą – 62,7 do 34,4 proc. – głosowanie w Busanie wygrał Park Hyeong-jun (także opozycyjne PPP) wobec Kim Yeong-chuna wystawionego przez liberalny rząd DP. W stolicy pan O wygrał we wszystkich 25 dzielnicach dosłownie miażdżąc panią Park.

Tak wysoka przewaga opozycji daje do myślenia. Przede wszystkim kobieta-kandydat na burmistrza wystawiona przez obóz rządzący nie poradziła sobie z kandydatem-mężczyzną pomimo faktu, iż poprzedni szef Seulu miał molestować swoją asystentkę. Oskarżenia doprowadziły poprzedniego burmistrza prawdopodobnie do samobójstwa latem ubiegłego roku (dochodzenie wciąż trwa). Oskarżenia o nadużycia na tle seksualnym spowodowały również przedwczesny koniec kadencji dotychczasowego szefa miasta Busan.

Przez Koreę w ciągu ostatnich kilkudziesięciu miesięcy przetaczały się zarówno marsze jak i kampanie pokazujące, jak wiele krzywd w życiu codziennym dotyka tamtejszych kobiet. Zwracano uwagę, że panie się podgląda miniaturowymi szpiegowskimi kamerami ukrywanymi w guzikach, łebkach od śrubek, pilotach do telewizorów. Że nie mogą czuć się bezpiecznie nawet w toaletach, bo często ktoś o niecnych intencjach naszpikował je takim sprzętem i nagrywa je w negliżu i bez ich wiedzy. Zjawisko nazwano „molka” od koreańskiego określenia „mollae kamera” czyli „ukryta kamera”.

Oburzenie wobec zboczeńców – których, jak się okazywało z każdym miesiącem protestów, można było w koreańskim społeczeństwie spotkać niemal na każdym kroku; podglądane i wykorzystywane kobiety oglądano nawet zbiorowo podczas przerw w pracy biurowej – nie wystarczyło, żeby utrzymać władzę w największych miastach. Opozycja wygrała dzięki społecznemu rozczarowaniu tym, że liberałowie, którzy przejęli władzę obiecując rozliczenia skorumpowanych poprzedników-konserwatystów okazali się tacy sami.

Miesiąc przed wyborami na burmistrzów złożył urząd prokurator generalny Korei Południowej Yoon Seok-youl. 4 marca podał się do dymisji. Stwierdził, że nie jest w stanie wykonywać swoich obowiązków, ponieważ rząd chce pozbawić jego urząd podstawowych kompetencji. Od miesięcy w kraju trwa spór o reformę prokuratury, zwroty akcji przypominają telenowelę.

Celem reformy jest doprowadzenie do większej transparentności działań urzędników państwowych i to obiecywał obecny prezydent Moon Jae-in obejmując w 2017 roku swój urząd. Reforma prokuratury była jednym z niezbędnych – jego zdaniem – elementów, by aferzyści przestali być kryci przez sądy.

Prokurator generalny Yoon Seok-youl znalazł się tym samym w oku cyklonu. Prezydent najpierw wprowadzał swoich zaufanych ludzi jako ministrów sprawiedliwości i powołał nowy organ do ściągania korupcji – CIO, dosłownie „biuro ds. korupcji w szeregach wysokich rangą urzędników” (angielskie rozwinięcie skrótu to Corruption Investigation Office for High-ranking Officials). W grudniu 2020 roku Yoon został zawieszony na dwa miesiące ze względu na podejrzenie podsłuchiwania sędziów. Jako prokurator mianowany jeszcze przez konserwatystów miał zlecać inwigilację i zbieranie haków na bliskich współpracowników prezydenta liberała.

Jednym z takich śledzonych na zlecenie prokuratora generalnego „obiektów” był Cho Kuk, były minister sprawiedliwości, w którym prezydent Moon pokładał nadzieję na przeprowadzenie reformy prokuratury. Na ministra szybko jednak znalazły się haki i Cho Kuk podał się do dymisji w atmosferze potężnego skandalu, po niespełna półtora miesiąca urzędowania.

W jego obronie – jak i przeciw niemu – jesienią 2019 roku organizowano wielotysięczne demonstracje na ulicach Seulu. Sytuacja przypominała protesty towarzyszące impeachmentowi poprzedniej prezydent Park Geun-hye – Koreańczycy mieli dość afer korupcyjnych na najwyższym szczeblu i dlatego odsunięto ją od stanowiska, a Moon z przeciwnego obozu miał być lekiem na całe zło.

Nie udało się zatem obronić honoru molestowanych na potęgę kobiet, reforma prokuratury rozwija się w atmosferze narastającego niesmaku. Liberałom nie idzie także na polu polityki zagranicznej, ponieważ nie byli w stanie uzyskać od nowego prezydenta USA konkretów w postaci nowej strategii odnośnie Korei Północnej. W świat idzie równoległy komunikat o tym, że Seul nie zamierza wybierać między Waszyngtonem a Pekinem, a tym samym Korea Południowa nie ma co liczyć na możliwość dołączenia, nawet w dalszej przyszłości, do inicjatywy Quad. Stanów Zjednoczonych, Japonii, Australii oraz Indii, czterech państw regionu Indo-Pacyfiku, który dla USA jest teraz sposobem na ograniczanie rosnących wpływów Chin.

To również nie wyczerpuje listy afer i problemów, które ujawniano podczas rządów Moona. We wszystkich z nich jest wiele racji i realia na Południu wymagają ciągłych zmian, by ludziom żyło się lepiej, jednak to problemy długo zamiatane pod dywan. Nie robienie niczego z nimi opłacało się przez dekady rządzącym konserwatystom, obozowi proamerykańskiemu, antypółnocnokoreańskiemu i przeciwnemu jakimkolwiek pomysłom o możliwym otwieraniu granic na sąsiadów z Północy. Obecna polityczna „kanonada” problemów wymierzona w Moon Jae-ina nie wynika niestety z prawdziwej chęci zmian na lepsze. Jest cyniczną grą na wyniszczenie przeciwnika i zemstą za odsunięcie Park Geun-hye w trybie przyspieszonym.

Wybory w Seulu i Busanie są zgodnie określane przez koreańskie media jako miernik tego, co może się wydarzyć podczas wyborów prezydenckich zaplanowanych na wiosnę 2022 roku. Ze względu na impeachment poprzedniej prezydent Park kalendarz wyborczy na Południu uległ przesunięciu i zamiast zwyczajowych wyborów w grudniu, tym razem nowego szefa kraju będzie wybierać się na kilka miesięcy wcześniej. Ostatni rok kadencji dla Moon Jae-ina upłynie pod znakiem o wiele poważniejszych wyzwań, niż spodziewano się w 2017 roku. Wciąż cieszy się największym poparciem w sondażach opinii publicznej, na tle swoich poprzedników wypada w ankietach o wiele lepiej, ale poparcie maleje z każdym miesiącem. Dotychczasowa „tradycja” pokazuje, że prezydenci na Południu częściej trafiają za kratki za rozmaite malwersacje i nadużycia władzy, niż cieszą się szacunkiem narodu. Może Moona nie spotka aż tak gorzki finał, ale ostatni rok jego kadencji będzie z pewnością prawdziwą drogą przez mękę.

Tomański

RAFAŁ TOMAŃSKI

Dyrektor Działu Chin i Azji Wschodniej. Dziennikarz, japonista, autor książek o Japonii i obu Koreach. Pracował w Pekinie jako korespondent PAP na Azję. Wielokrotnie relacjonował międzynarodowe szczyty w tamtym regionie dla polskich mediów, m.in. G20 w Hangzhou w 2016 r. i Osace w 2019, czy drugi szczyt Trump-Kim w Hanoi w 2019 roku.

Od czerwca 2020 roku prowadzi „Środek od środka”, cykl nagrań przybliżających azjatycką historię, kulturę, literaturę i życie codzienne na rozmaitych platformach społecznościowych.