Koreański sąd odrzucił pozew o odszkodowanie dla tzw. pocieszycielek (ang. comfort women), kobiet wykorzystywanych seksualnie przez japońską armię podczas II wojny światowej. Wyrok zszokował opinię publiczną, ponieważ kwestie rekompensat za cierpienie i krzywdy, jakich od Japończyków doznały Koreanki, jest sprawą narodowego honoru.
W styczniu ten sam sąd w Seulu, ale z innym składem sędziów orzekł całkowicie odwrotnie. Przychylił się do pozwu 12 Koreanek i zarządził zajęcie mienia japońskich firm, by umożliwić wypłatę po 100 mln wonów (niecałe 340 tys. zł) każdej z kobiet. Tym razem pozew o takiej samej treści wniesiony przez 20 pań został uznany za potencjalnie szkodliwy dla dyplomacji Korei Południowej i odrzucony. Sędziowie trzy miesiące po swoich poprzednikach, którzy byli za odszkodowaniami, stwierdzili, że tym razem należy zastosować zasadę określaną mianem „suwerennej niezależności” („sovereign immunity”). W myśl tej zasady prawo międzynarodowe uniemożliwia pociągnięcie państwa do odpowiedzialności w procesie cywilnym toczonym poza granicami. W uzasadnieniu do wyroku pojawiło się nawiązanie do zagrożenia dyplomatycznego. „Gdy udziela się wyjątków od zasady suwerennej niezależności, bez wątpienia pojawią się starcia dyplomatyczne” – wyjaśnili sędziowie.
Zwrot akcji
Co zatem zmieniło się między styczniem a kwietniem w koreańskim podejściu do kwestii niebudzącej od lat najmniejszych wątpliwości? Inny, jak wspomnieliśmy, był skład sędziowski, ale jak na dłoni widać, że tym razem liczono się z tym, żeby nie zadrażniać stosunków z Japonią. Dotychczas przy każdej możliwej okazji eskalowano nawet najmniejsze komentarze czy decyzje Tokio, które zdaniem Seulu naruszały honor poszkodowanych kobiet, przypominały okrutne zbrodnie wojenne i nie pozwalały widzieć w obecnych Japończykach ludzi o lepszym systemie wartości niż ten zaprezentowany podczas II wojny. Między styczniem a kwietniem 2021 roku dokonał się zwrot akcji. Rząd na Południu wie, że musi schować wcześniejsze nastawienie głęboko do kieszeni i zapomnieć o tym, że dyplomatyczna agresja wobec Japonii przyniesie jakiekolwiek korzyści.
W styczniu sąd przychylił się do wniosku poszkodowanych kobiet powołując się na wyrok z 2012 roku w sprawie o reparacje wojenne za pracę przymusową, jaką Włosi wytoczyli Niemcom. Wówczas nakazano zajęcie niemieckiego mienia na rzecz pozywających Włochów. Koreańczycy uznali, że ich sprawa jest identyczna i że można skorzystać z tego samego mechanizmu. W uzasadnieniu wyroku w Seulu pojawiła się w styczniu wzmianka, iż „systematyczne zbrodnie przeciwko ludzkości” stoją ponad wytycznymi prawa i że nie ani na co czekać, ani uciekać od kroków, co do których teoretycznie jako ostateczną instancję powinno się uważać Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości (organ ONZ, International Court of Justice z siedzibą w Hadze). Tym razem po odwrotnej decyzji sądu dla środowisk broniących honoru Koreanek i organizacji działających na rzecz uzyskania od Tokio odszkodowań pozostaje wyłącznie zwrócenie się do MTS i liczenie na przychylenie się obu państw, Korei oraz Japonii do arbitrażu na tym polu.
Tokio i tak płacić nie zamierza
Obecna decyzja sądu w Seulu odniosła się do wyroku ze stycznia. Przyznano, czym jeszcze bardziej zaszokowano opinię publiczną, że Japonia nie musi stosować się do tamtej decyzji i płacić jakichkolwiek kwot na rzecz pozywających kobiet. Uzasadniono to kwestiami prawa międzynarodowego, które chronią państwa przed wyrokami zagranicznych postępowań cywilnych.
Jedynym niezmiennym elementem w tej układance pozostaje stanowisko Japonii. Tokio nie zmienia zdania i nie zamierza płacić jakichkolwiek pieniędzy. Uważa się, że za krzywdy osoby pokrzywdzone dostały środki w ramach umowy z Koreą, jaką Japonia zawarła w 1965 roku. Koreańczycy twierdzą z kolei, że wówczas była to umowa na szczeblu rządowym, a uzyskane środki przeznaczono na odbudowę kraju po wojnie domowej i rozkręcenie gospodarki. Tokio przypomina, że pomimo tej podstawowej umowy przychyliło się do roszczeń Korei i wykazało dobrą wolę w 2015 roku, gdy podpisano porozumienie odnośnie wypłaty odszkodowań dla osób indywidualnych. Nie wszystkie kobiety zgodziły się jednak przyjąć pieniądze od Japończyków. Uznały, że jest ich zbyt mało, nie towarzyszą im odpowiednie przeprosiny i że Tokio musi bardziej się postarać, żeby wojenne rany zabliźniły się choć trochę. Co więcej obecny prezydent Moon Jae-in unieważnił porozumienie z 2015 roku i zablokował środki otrzymane od japońskiego rządu.
Zmieniło się zatem nastawienie samego prezydenta Korei Południowej. Moon wygrał wybory w 2017 roku na fali społecznego oburzenia na poprzednią ekipę. Prezydent Park Geun-hye została odsunięta w trybie przyspieszonym za korupcję i działanie na szkodę państwa, a Moon miał być nowoczesnym „rycerzem na białym koniu”, który naprawi zgniły system państwowy. Pamiętano, że dekady wcześniej, od lat 80. ubiegłego wieku działał na rzecz środowiska demokratycznego i jako adwokat bronił dysydentów. Sprawy ludzkie nie były mu obce, dlatego też stanowisko jego administracji wobec kobiet-pocieszycielek nie mogło być inne niż wyraźnie antyjapońskie.
Słabnący prezydent
Czas od stycznia do kwietnia 2021 roku pokazał, jak niewiele lub coraz mniej w kraju znaczy prezydent Moon. Jego ludzie okazali się tak samo skorumpowani jak poprzednicy. Na Południu afera goni aferę i kolejnym oskarżeniom w rozmaitych sprawach nie ma końca. Na początku kwietnia odbyły się wybory prezydenckie w dwóch największych miastach, Seulu i Busanie, które kandydaci partii rządzącej przegrali z kretesem. Ludzie przyznali prawo do kolejnych lat rządów na powrót tym samym konserwatystom, których przed czterema laty odsuwali z niesmakiem od władzy. Moon potrzebuje każdego możliwego sukcesu w dowolnej dziedzinie polityki, dlatego wie, że nie ma po co zadrażniać stosunków z Japonią. Tokio bowiem ma klucz do relacji ze Stanami Zjednoczonymi i dzięki wsparciu Waszyngtonu z nowym prezydentem Joe Bidenem jest w stanie forsować każdy, nawet najbardziej kontrowersyjny pomysł. Widać to czytelnie na przykładzie niedawnej decyzji o wypuszczeniu skażonej radioaktywnie wody z elektrowni w Fukushimie do morza. Japończyków w tej kwestii popierają Stany Zjednoczone. Protestują Chiny mówiąc o nieodwracalnym skażeniu środowiska, w podobnym tonie mówiła też w pierwszych dniach po decyzji Japonii Korea. Po kilku dniach zmieniono front o 180 stopni identycznie jak w kwestii odszkodowań. Nagle po spotkaniu z Johnem Kerrym, wysłannikiem Bidena ds. klimatu, szef południowokoreańskiego MSZ stwierdził, że nie ma się czym martwić. Że przecież Japonia działa transparentnie – przejęto tym samym retorykę amerykańską porzucając wcześniejsze oburzenie.
Moon Jae-in chce dołączyć do inicjatywy Quad, w której są USA, Japonia, Australia oraz Indie. Konflikt z Tokio stoi w sprzeczności z takim celem. Poza tym prezydent Moon w maju uda się do Waszyngtonu jako drugi po premierze Japonii zagraniczny gość Bidena. Może coś dla siebie ugrać, ale nie może wcześniej zaszkodzić sobie na tyle, żeby nie było podstaw do zacieśniania stosunków. Wciąż nie wiadomo, jakie kroki Amerykanie podejmą wobec Korei Północnej, a im dłużej nowa strategia USA w tej kwestii pozostaje zagadką, tym bardziej na Południu dochodzą do głosu środowiska chcące bądź uzbrojenia samej Korei Południowej w broń atomową lub przyjęcia na własnym terenie amerykańskich pocisków nuklearnych w bazach wojskowych. Byłby to straszak na reżim Kim Dzong Una umieszczony niemal u jego granic. Jeżeli Północ nie chce rezygnować z broni atomowej, wówczas Południe z taką samą bronią na swoim terenie byłoby bardziej równorzędnym partnerem do rozmów. W tej sytuacji sprawy mogą wymknąć się spod kontroli, ale Moon Jae-in jest tak politycznie bezsilny, że może brać takie rozwiązanie poważnie pod uwagę.
Brak zgody badaczy ws. pocieszycielek
Korea Południowa podobną bezkrytyczną przychylność wobec USA pokazywała dobitnie podczas rządów Park Chung-hee, ojca poprzedniej pani prezydent Park Geun-hye. Park Chung-hee uchodzi do dziś jednocześnie jako dyktator, ale i skuteczny menadżer, który wprowadził zrujnowany japońską okupacją i domową wojną kraj na drogę imponującego rozwoju. Stany Zjednoczone były wówczas partnerem numer jeden i nie można było jakimkolwiek działaniami psuć tego układu. Nie zabierano głosu, gdy szefowie japońskiego rządu udawali się do świątyni Yasukuni, do dziś kontrowersyjnego miejsca w Tokio, gdzie upamiętnia się nie tylko dusze poległych za ojczyznę żołnierzy, ale i wraz z nimi w świątyni „spoczywają” dusze 14 zbrodniarzy tzw. klasy A, czyli o największych zbrodniach wojennych na koncie. Seul nie wypowiadał się w tych kwestiach, gdy prezydenta Parka zastępowali kolejni przywódcy i na kwestie braku szacunku dla ofiar II wojny zaczął zwracać uwagę dopiero od kilku lat. Polityka historyczna stała się wygodną bronią masowego rażenia, równej skuteczną co północnokoreańskie pociski atomowe. Oburzenie na Tokio można było dowolnie eskalować i grać nim tak, by dało się wymuszać odpowiednie zachowania społeczne podczas wyborów.
Do kwestii pocieszycielek różnie podchodzą naukowcy. Przeważająca większość z nich uważa, że istniały, a ich cierpienie wynikało wyłącznie z sadyzmu japońskich żołnierzy. Są jednak tacy, którzy twierdzą, że nie było mowy o żadnym przymusie świadczenia usług seksualnych, a Koreanki same wybierały takie „obowiązki”, by więcej zarobić. Dotychczas jednak takie głosy nazywano fałszowaniem faktów historycznych, a naukowców wysuwających takie teorie opisywano w najgorszych słowach. Kwietniowy wyrok sądu w Seulu wskazuje, że te czasy minęły i że być może to koniec statusu bohaterek narodowych, do rangi których urosły na przestrzeni ostatnich lat pocieszycielki. Cel jest tym razem gdzie indziej, nie na polu polityki historycznej. Rozpoczęło się zatem wygaszanie tego płomienia, żeby przypadkiem nie podpalił gruntu do bardziej potrzebnych obecnie negocjacji. Nie ma co mieć jednak złudzeń, że przy pierwszej nadarzającej się okazji pamięć o krzywdach powróci i że ktoś sięgnie po nią ponownie jak po skuteczną i sprawdzoną broń.
RAFAŁ TOMAŃSKI
Dyrektor Działu Chin i Azji Wschodniej. Dziennikarz, japonista, autor książek o Japonii i obu Koreach. Pracował w Pekinie jako korespondent PAP na Azję. Wielokrotnie relacjonował międzynarodowe szczyty w tamtym regionie dla polskich mediów, m.in. G20 w Hangzhou w 2016 r. i Osace w 2019, czy drugi szczyt Trump-Kim w Hanoi w 2019 roku.
Od czerwca 2020 roku prowadzi „Środek od środka”, cykl nagrań przybliżających azjatycką historię, kulturę, literaturę i życie codzienne na rozmaitych platformach społecznościowych.