Magazyn „The Economist” zaprasza do najnowszego numeru (wydanie z pierwszego tygodnia maja 2021 roku) okładką przedstawiającą „najniebezpieczniejsze miejsce świata”. Widzimy kontur Tajwanu przedstawiony niczym ekran radaru, a wokół wyspy liczne punkciki z flagami Chin i USA, w domyśle przywodzące na myśl okręty wojenne. Publicyści sugerują, że kolejny konflikt o skali światowej może wybuchnąć właśnie w Cieśninie Tajwańskiej, bo przecież Pekin uznaje wyspę za zbuntowaną prowincję i tylko czeka na włączenie jej pod swoją kuratelę. Media tworzą obraz zbliżającej się wojny zapominając, że Zachód potrafił już do niej dążyć i jedynie nią straszyć. Warto cofnąć się kilka lat w pamięci i przypomnieć, co działo się w październiku 2015 roku niedaleko Tajwanu.

Ówczesne satelitarne zdjęcia dowodziły bez najmniejszych wątpliwości, że Pekin dokłada wszelkich starań, by tereny archipelagów Spratly i Paraceli na Morzu Południowo-chińskim stały się wojskowymi bazami. Pogłębiarki, ciężki sprzęt oraz niekończące się dostawy zaopatrzenia pracują dzień i noc, by z niewielkich skrawków skał wystających nad poziom morza jedynie podczas odpływu stworzyć militarne zabudowania z pasami startowymi o długości trzech kilometrów. Dziś nie zmieniło się nic, rejon jest coraz bardziej „sinizowany” chińską wojskową infrastrukturą.

Choć brzmi to jak scena rodem ze szpiegowskiej powieści Toma Clancy’ego, nie jest to fikcja literacka. Atole Mischief czy Subi, miejsca o egzotycznych nazwach odkrywców z czasów podbojów południowych mórz sprzed kilku wieków są przekształcane w ośrodki pełne infrastruktury gotowej do podejmowania militarnych działań. Chiny konsekwentnie twierdzą, że ich praca ma na celu poprawę bezpieczeństwa w regionie.

27 października 2015 roku amerykańska marynarka potwierdziła, że jeden z niszczycieli klasy Arleigh Burke, jednostka o nazwie Lassen (na cześć porucznika Clyde’a Everett Lassena, pilota helikopterów zasłużonego podczas wojny w Wietnamie), wykonał manewr przejścia w odległości 12 mil morskich od jednej ze sztucznych wysp chińskiej produkcji.

Parafrazując wstęp do „Niezwyciężonego”, jednej z powieści Stanisława Lema, można by opisać wydarzenie z tamtej nocy słowami: „USS Lassen, niszczyciel rakietowy, jedna z wielu jednostek jaką dysponowała amerykańska marynarka w tym regionie, szedł w odległości 12 mil morskich od atolu Subi”. Prawdopodobnie, ponieważ dokładna trasa okrętu nie została jeszcze wówczas podana do wiadomości. Pełen raport z wydarzenia ukazał się dopiero po 56 dniach, 6 stycznia 2016 roku. Wciąż trwała administracja prezydenta Baracka Obamy, który forsował tzw. Pivot to Asia czyli „zwrot na Azję”.

Kluczowe 12 mil

Celem Amerykanów było udowodnienie, że nie boją się chińskich roszczeń terytorialnych i nie przyjmują do wiadomości, że to Pekin mógłby dyktować warunki na morzu Południowochińskim. Chińskie konstrukcje powstające w nieograniczony sposób na dalekim morzu, na terenach, które kompletnie nie podlegają i nie powinny podlegać jurysdykcji tylko jednego kraju, budzą wątpliwości pod rozmaitymi kątami zarówno państw bezpośrednio sąsiadujących z morzem oraz największego ich sojusznika, czyli właśnie USA.

12 mil morskich ma znacznie kluczowe, ponieważ wynika z konwencji ONZ o prawie morskim. Gwarantuje tzw. FONOP, czyli swobodę operacji morskich (Freedom of Navigation Operation), żeglugę jednostek jakichkolwiek i skądkolwiek. W końcu przez obszar Morza Południowo-chińskiego przechodzi światowy handel o wartości kilku bilionów dolarów rocznie.

Po amerykańskim manewrze nie stało się praktycznie nic nowego w związku z tą sytuacją. Amerykanie przepłynęli, Chińczycy zaprotestowali, a świat się nie zatrzymał. FONOPy były prowadzone jeszcze kilkukrotnie za czasów Obamy (trzykrotnie między 2015 i 2016) i jego następcy, Donalda Trumpa (od 2017 roku po kilkumiesięcznej przerwie rozpoczęto je na skalę niemal „masową”, łącznie przeprowadzono ich od 2017 do 2020 roku aż 22). Także nie rozpętała się po nich żadna, spodziewana wojna.

Manewr wojskowy niszczyciela USS Lassen miał Chińczyków nastraszyć i pokazać bezkompromisowość amerykańskiej marynarki, jednak analitycy spodziewali się czegoś bardziej zgodnego z realiami prawa międzynarodowego. Okazuje się bowiem, że nie wystarczy dokonać samego przepłynięcia obok spornego terenu, by zakwestionować jego przynależność (amerykańska jednostka minęła atol Subi o przepisowe 12 mil morskich), ale podczas takiego FONOPu musi być także użyta technologia wojskowa. Należało przeprowadzić namierzanie dowolnego celu radarem oraz wypuścić na choć krótki lot pokładowy helikopter. W momencie, gdy do niczego takiego nie doszło, US Navy bardziej potwierdziło przynależność spornego terenu do Chin niż pomogło Wietnamowi. Klucz zatem tkwi w szczegółach manewrów oraz ich medialnemu nagłaśnianiu.

Azjatycki Krym?

Z polskiej perspektywy wydarzenia na terenach odległych o tysiące kilometrów mogą wydawać się zbędne i zbyt niewarte zaangażowania. Świat jednak zmniejsza się w bardzo szybkim tempie, a nie bez powodu od 2014 roku, gdy na sporym Morzu Południowochińskim pojawiła się chińska platforma wiertnicza, która naruszała terytorialne wody Wietnamu prowadząc nielegalne z perspektywy Hanoi odwierty, zaczęto porównywać sporny akwen do azjatyckiego Krymu. Chiny stają się tamtejszą Rosją, która bierze co chce i jak chce, nie pytając nikogo o zgodę. W każdej chwili samemu można stać się bezpośrednio zagrożonym przez takie podejście.

Jak na razie cierpią z tego powodu mieszkańcy okolicznych terenów. Rybacy z Wietnamu (w szczególności z prowincji Quang Ngai) oraz Filipin nie mogą wykonywać swojej pracy, ponieważ Chiny zabraniają im wstępu na dotychczasowe łowiska, które żywiły ich od pokoleń. Równowaga ekologiczna także zostaje poważnie naruszona. Koralowe rafy i egzotyczne gatunki zwierząt giną, a ich przywrócenie może już nigdy się nie powieść. Czego nie zniszczą statki przywożące materiały do budowy lądu być może wytrzebią chińscy turyści. Pekin bowiem promuje wycieczki na sporne archipelagi by jeszcze bardziej podkreślać ich przynależność do siebie. Zanim budowane bazy wojskowe zapełnią się żołnierzami, po piaszczystych plażach rodem z najwspanialszych prospektów biur podróży przejdą się ławą chińscy turyści polując na ginące ryby i dewastujący środowisko naturalne. Coraz częściej przyczyn międzynarodowych sporów szuka się bowiem w zmianach klimatycznych i to właśnie troska o ekologię, a nie tylko o suwerenność granic, ma być jedną z głównych wytycznych globalizującego się świata.

Wspólnota ASEAN nie jest na razie w stanie (i powstaje coraz większa wątpliwość, czy ten stan rzeczy zmieni się w przyszłości) wypracować wspólnego stanowiska. Poprzednie lata dowiodły, że kraje członkowskie rozmijają się w zakresie wspólnego stanowiska w zależności od prezydencji w danym okresie. Przewodnictwo Kambodży w 2012 roku nie wydało po raz pierwszy w historii organizacji wspólnego oświadczenia po najważniejszym szczycie. ASEAN kierowane w 2015 roku przez Malezję bywało zgodne odnośnie wagi wydarzeń na morzu Południowochińskim na spotkaniach niższego szczebla, pomijając tę kwestię na ostatnim, podsumowującym spotkaniu w Kuala Lumpur. Brak jednomyślnosci 10 państw ASEAN może jedynie odbić się na wzroście wagi chińskiego kapitału inwestycyjnego.

Czas pozostaje jednym z głównych środków zaradczych, którymi w tej części Azji rozwiązuje się wszelkie spory. Przedstawiciele ASEAN twierdzą, że przez kilka dekad przeżyli już wiele złego (napięcia w Mjanmie, konflikty zbrojne z Chinami, zagrożenie zimną wojną, problemy z uchodźcami obecne na długo przed ostatnią kwestią Rohingya) i wciąż trwają jako wspólnota. Jako przykład błędnego podejścia i zbyt szybkiej chęci rozwiązania problemów wskazują kraje Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, które doświadczyły „Arabskiej Wiosny”, po czym ponownie zapadły się w wiry kolejnych niestabilności politycznych. Ukraina z zaanektowanym przez Rosję Krymem również jest według nich przykładem, jak nie należy na gorąco chcieć zrobić wszystkiego za jednym zamachem. Mało kto dziś pamięta o separatystach, zielonych ludzikach i samej aneksji, a to że konflikt zabiera setki ofiar jest wliczone w polityczne koszty.

Swą rolę do odegrania ma Moskwa

Moskwa powraca także kontekście ewentualnej roli, jaką może odegrać odnośnie Morza Południowochińskiego. Dotychczasowe zaangażowanie polityczne oraz militarne na Krymie oraz w Syrii każe wątpić, by milczenie wobec chińskich działań na wyspach Spratly i Paracelach oznaczało ciche przyzwolenie czy bardziej niemy sprzeciw. Głosu z Moskwy nie było słychać także, gdy jeszcze przed laty dochodziło do pierwszych terytorialnych sporów z Chinami. Wietnam liczy także na zainteresowanie problemem Unii Europejskiej, ponieważ to jej głos i sprzeciw wobec agresywnych praktyk Pekinu może wpłynąć na zmianę status quo. Jest to w szczególności ważne w momencie, gdy Państwo Środka znajduje się na początku promowania nowych inicjatyw gospodarczych w rodzaju nowego jedwabnego szlaku (wiele słyszeliśmy o udziale Polski jako nowych „wrót do Europy” dla Chin po wizycie prezydenta Dudy na spotkaniu grupy 16+1) oraz na starcie inicjatyw infrastrukturalnych spod znaku banku AIIB.

Pytań o dalszy rozwój sytuacji na spornym terenie może budzić wątpliwości ze względu na nieprzejednane podejście strony chińskiej. Dotychczasowe protesty podnoszone na poziomie międzynarodowym przez kraje regionu dotknięte terytorialnymi roszczeniami nie przynosiły efektu. Filipiny w ten sposób straciły atol Scarborough, kolejny ze skrawków lądu na dalekim morzu. Zastosowanie się do zasad prawa międzynarodowego (m.in. konwencji UNCLOS z 1982 roku oraz deklaracji wspólnego pokojowego działania w zakresie sporów terytorialnych, tzw. COC podpisanego przez Chiny i kraje ASEAN w 2002 roku) nie dało nic, społeczność krajów Azji Południowowschodniej czeka obecnie na werdykt Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze w sprawie skargi wniesionej przez Manilę. Wytyczne sądu będą bez wątpienia kluczowe dla przyszłości dalszego rozwoju wypadków z udziałem Chin. Mogą zarówno wzmocnić jak i osłabić ich pozycję. Wszystko zależy od tego, jaki status zostanie nadany spornym wyspom.

Dyskusja toczy się w zasadzie o to, czy mowa o wyspach w tradycyjnym znaczeniu tego słowa, czy też niektóre z formacji terenu to zaledwie skały typu LTE (Low-Tide Elevation) wychylające się ponad powierzchnię jedynie podczas odpływów. Trybunał rozsądzi charakter archipelagów i zgodnie z rodzajem ukształtowania terenu wyda decyzję o podziale stref wpływów. Wokół skał jest bowiem o wiele mniejsza strefa ochronna niż w otoczeniu wysp. Na terenie, na którym strefy wpływów kilku państw (poza Chinami chodzi o Wietnam, Filipiny, Indonezję, Malezję, Tajwan i Brunei) nachodzą wzajemnie na siebie jest to bardzo ważne.

Rada dla Polski? Trzymać rękę na pulsie

Kluczowe będzie także poszukiwanie jednomyślności na miarę nowych czasów w grupie państw ASEAN. Nie można narodom Azji narzucić zachodniej mentalności i sposobów na rozwiązywanie problemów, ważne jednak, by pamiętać, że milczenie może zawsze zostać zrozumiane jako zgoda. Nieważne, jak wielki sprzeciw nosiłoby się w duszy. Polska musi trzymać rękę na pulsie i wspierać inicjatywy wychodzące z ASEAN.

Na zakończenie pytanie: czego nie ma w tej opowieści? Covid-19. Czy świat może istnieć bez wirusa – choć po ponad roku codziennych wiadomości o nim może trudno już w to uwierzyć – tak, może. Czy warto jednoznacznie podążać za komunikatami medialnymi, które kolejny rok pod rząd wskazują na teoretyczną „zapalność” tego samego regionu, z której nic nie wynika? Nie warto. Nawet, jeżeli ktoś chciałby oddzielać kwestię przyłączania Tajwanu do głównych Chin, kontekst 2021 roku z niezwykle ważną dla chińskiej partii komunistycznej setną rocznicą jej powstania (będzie hucznie obchodzona 1 lipca) od terytorialnych zakusów wobec sztucznych wysp na Morzu Południowochińskim. Jedyna wojna, jaka trwa w najlepsze, to ta na informacje i wprowadzanie myślenia opinii publicznej na te a nie inne tory. Czołgi i rakiety są już od lat tylko na pokaz.

Tomański

RAFAŁ TOMAŃSKI

Dyrektor Działu Chin i Azji Wschodniej. Dziennikarz, japonista, autor książek o Japonii i obu Koreach. Pracował w Pekinie jako korespondent PAP na Azję. Wielokrotnie relacjonował międzynarodowe szczyty w tamtym regionie dla polskich mediów, m.in. G20 w Hangzhou w 2016 r. i Osace w 2019, czy drugi szczyt Trump-Kim w Hanoi w 2019 roku.

Od czerwca 2020 roku prowadzi „Środek od środka”, cykl nagrań przybliżających azjatycką historię, kulturę, literaturę i życie codzienne na rozmaitych platformach społecznościowych.