Na początku maja Wielka Brytania wysłała w podróż w rejon Azji Południowo-wschodniej swój najnowocześniejszy lotniskowiec HMS Queen Elizabeth (więcej o sytuacji przed wypełnieniem grupy uderzeniowej tu) Po kilku miesiącach można z powodzeniem weryfikować szumne zapowiedzi powrotu do „globalnej Brytanii”, o jakiej mówili na wiosnę członkowie rządu na Wyspach.

Przez nieco ponad trzy lata, od końca sierpnia 2014 roku do grudnia 2017 roku Wielka Brytania nie miała własnego lotniskowca. Ostatni czynny w służbie Jej Królewskiej Mości HMS Illustrious doczekał się jednak następcy pod postacią HMS Queen Elizabeth. Druga jednostka tej klasy, HMS Prince of Wales weszła do służby dwa lata później, na moment przed zmianą świata na koronawirusowy.

Chmury nad brytyjskim Imperium

Nowe realia wymusiły przestawienie się na nieznany wcześniej model działania. Dotyczyło to także geopolityki, ponieważ lockdowny przekładały się na wymierne straty finansowe, zmiana władzy w USA z Donalda Trumpa na Joe Bidena dodawała niepewności i jednocześnie tworzyła klimat nowych możliwości. Do wzięcia dla tych, którzy nie boją się wyzwań.

Imperium Brytyjskie już dawno przestało być krainą, nad którą nieustannie świeciło słońce. Londyn chciał potraktować pandemię jako nowe rozdanie i przy okazji sprawdzić, czy sny o powrocie do choć części dawnej potęgi mają jeszcze rację bytu. W tej atmosferze powstała grupa uderzeniowa CSG21 z nowym lotniskowcem w roli głównej. Zdecydowano o wysłaniu zespołu okrętów marynarki w daleką podróż, nadając misji nazwę „Operacja Fortis”.

Największa akcja od 20 lat

Premier Boris Johnson zapowiedział, że tzw. Op Fortis obejmie Morze Śródziemne, Bliski Wschód oraz obszar Indo-Pacyfiku. Nazwał misję swojej marynarki jako największe przedsięwzięcie Wielkiej Brytanii od ponad dwóch dekad. Razem z lotniskowcem wysłano dwa niszczyciele HMS Defender i HMS Diamond (ten drugi w wyniku awarii układu napędowego musiał opuścić grupę i wrócić na naprawę) przeznaczone do obrony przeciwpowietrznej, dwie fregaty do ochrony przed okrętami podwodnymi HMS Kent oraz HMS Richmond, okręt podwodny HMS Artful o napędzie atomowym – do kompletu z dwoma okrętami logistycznymi. Do Brytyjczyków dołączyli Amerykanie z niszczycielem USS The Sullivans oraz Holendrzy z fregatą HNLMS Evertsen. 10 z 18 nowoczesnych maszyn F-35B na pokładzie lotniskowca należy także do amerykańskich Marines.

Pomimo kilku opóźnień, awarii, a także wybuchu zachorowań na Covid-19 na pokładzie HMS Queen Elizabeth (14 lipca) wyprawa pod dowództwem komodora Stephen Moorhouse’a trwa. Można śledzić jej przebieg w mediach społecznościowych (np. na twitterowym profilu lotniskowca albo pod zbiorczym hashtagiem #CSG21). Jeżeli Wielka Brytania ma pokazać swoją globalność i siłę, musi być o taki przedsięwzięciu głośno.

Historyczna współpraca

Przy sporym dostępie do informacji można zatem wyciągać pierwsze wnioski z tego, jak duży rozmach i bezkompromisowość cechuje ambicje, zarówno Brytyjczyków jako gospodarzy Op Fortis, jak i państw, które dołączają do grupy. Wiadomo, że obecnie, w sierpniu 2021 roku na obszarze Indo-Pacyfiku obecność HMS Queen Elizabeth doprowadziła do bezprecedensowej największej koncentracji F-35 na świecie. Brytyjczycy prowadzą szereg rozmaitych manewrów razem z okrętami odwiedzanych oraz mijanych po drodze państw.

Pierwszy raz w historii miały okazję współpracować ze sobą marynarki Royal Navy oraz marynarki Indii (21 lipca). Dla tych ostatnich jest to ważne wydarzenie, ponieważ kilka dni później pierwsze testy na morzu rozpoczął IMS Vikrant, pierwszy nowoczesny lotniskowiec krajowej produkcji. Delhi razem z Tokio, Canberrą oraz Waszyngtonem tworzy tzw. Quad, czyli nieformalną grupę sojuszników skupionych wokół obszaru Indo-Pacyfiku. Właśnie dlatego indyjska marynarka intensywnie się zbroi. Pierwszy raz także jakakolwiek jednostka brytyjskiej marynarki wróciła na Morze Południowo-chińskie od 1997 roku, czyli od momentu, gdy 24 lata wcześniej Londyn musiał oddać Chińczykom Hongkong.

Dotarcie do dalekiego morza, o którym od lat staje się coraz bardziej głośno i które analitycy postrzegają jako potencjalne zarzewie nowego, światowego konfliktu, jest niemal centralnym punktem wyprawy CSG21. Brytyjczycy mieli pokazać solidarność z USA, które cyklicznie prowadzi tzw. FONOPy, operacje określane jako sprawdzenie swobody żeglugi (Freedom of Navigation) między wysepkami oraz skałami archipelagów Spratly i Paraceli na wspominanym Morzu Południowochińskim. To teren, do którego niemal w całości roszczą sobie prawa Chiny.

Sytuacja komplikuje się od lat, ponieważ chińskie ambicje terytorialne wgryzają się w mapę akwenu niczym dziwnie zaborczy jęzor, nie bez powodu także chińska linia demarkacyjna wyznaczająca strefę tamtejszych uzurpowanych przez Pekin wpływów nazywana jest „krowim ozorem” (albo też bardziej dyplomatycznie linią dziewięciu kresek). Zarys dziewięciu kresek jest obecny w chińskich paszportach nowego typu oraz na wszystkich gadżetach, (jak czapeczki czy koszulki) mających wzbudzać poczucie dumy z ojczyzny, Państwa Środka. Wiadomo zatem, że jedna wizyta lotniskowca tego czy innego państwa nie jest w stanie zmienić układu sił w najmniejszym stopniu, ale co ciekawe Wielka Brytania nie podjęła nawet próby zdenerwowania Pekinu.

Incydent na Morzu Czarnym

Odhaczając kolejne punkty swojej wyprawy na Twitterze, CSG21 nie przeprowadziła ani jednego FONOPu na terenie spornego morza. Być może zmieniono plany po budzącym zdziwienie incydencie z udziałem jednego z niszczycieli (HMS Defender), którego 23 czerwca miała odstraszać rosyjska marynarka wojenna na Morzu Czarnym przy wybrzeżu Krymu. Tam miało dojść do tzw. swobodnego przepłynięcia (innocent passage), którego przeprowadzenie dawałoby podstawy do kwestionowania rosyjskiej zwierzchności nad zaanektowanym od Ukrainy półwyspem. Na Morzu Południowochińskim zdecydowano się nie drażnić Chin – choć prawdopodobnie było to zaplanowane od początku – i grupa uderzeniowa przepłynęła od Singapuru na Filipiny w najkrótszy możliwie sposób. Zrobiono zdjęcie w Cieśninie Malakka z widokiem na oszałamiającą panoramę Singapuru i obrano kurs w dalszą drogę. Zdjęcie oczywiście wstawiono do internetu:

 

Bez FONOPu i bez niepotrzebnych eskalacji z Chinami HMS Queen Elizabeth prowadzi swoje jednostki dalej. Niedługo dotrze do kresu podróży, ale zanim to nastąpi, należy wspomnieć o drugim elemencie tej wyprawy, który nie bez powodu znalazł się w tytule artykułu. Na Morze Południowochińskie trafi bowiem także niemiecka fregata „Bayern”. Wyruszyła z portu Wilhelmshaven na początku sierpnia z równie historyczną misją pokazującą nowe priorytety Berlina w polityce zagranicznej.

Świat inny niż kiedyś

Szefowa niemieckiego ministerstwa obrony narodowej Annegret Kramp-Karrenbauer twierdzi, że wiadomość, jaką przekazuje światu marynarka wojenna jej kraju jest czytelna. – Stoimy po stronie naszych wartości oraz interesów ramię w ramię z naszymi partnerami i sojusznikami – twierdzi szefowa resortu. Dodaje przy tym, że świat obecnie wygląda inaczej, jest bardziej skomplikowany niż jeszcze nie tak dawno i że nie można pozostawać obojętnym wobec zagrożeń szlaków handlowych oraz komunikacyjnych.

Kramp-Karrenbauer nawiązuje do tego, że Morze Południowochińskie ma kluczowe znaczenie dla dostaw nie tylko w regionie, ale i na świecie. Rocznie przez wspominaną Cieśninę Malakka przepływają towary oraz surowce, których wartość przed pandemią szacowano na niemal cztery biliony dolarów. Problem jednak w tym, że szlaki handlowe nigdy nie stały się zagrożone przez działania chińskich jednostek, niezależnie czy marynarki wojennej czy straży przybrzeżnej (ta formacja coraz częściej zastępuje marynarkę na terenie spornego morza, Chińczycy wyposażają ją w nowe jednostki, często dużo większe niż okręty marynarki).

W rzeczywistości decyzja Berlina wynika z chęci szukania nowych możliwości działania ze Stanami Zjednoczonymi, które jeszcze od czasów prezydenta Baracka Obamy prowadzą cykliczne FONOPy, mające trzymać w ryzach chińskie ambicje na spornym morzu. Niemcy zapowiedzieli równocześnie, że nie zamierzają przekraczać Cieśniny Tajwańskiej przez wzgląd na Pekin – dla dużych Chin Tajwan to zbuntowana prowincja, którą prędzej czy później należy przyłączyć do reszty kraju. Fregata nie ma też w planach udziału w manerwach wojskowych pod kierownictwem USA przy Filipinach. Na liście przystanków „Bayernu” znajdują się porty w Dżibuti, Karachi, Diego Garcia, Perth, Guam, Tokio i Szanghaju. Z tym ostatnim może być jednak problem.

Wizyta budząca zastrzeżenia

Niemcy zapowiedzieli wizytę w Szanghaju, żeby mieć powód do wpłynięcia na teren Morza Południowochińskiego. Jednak Chińczycy zażądali dalszych wyjaśnień, z jakiego powodu niemiecka jednostka życzy sobie odwiedzić chiński port i co w ogóle zamierza robić w regionie.

Niemcy muszą zatem szukać dyplomatycznego wyjścia z kłopotu, który sami sobie przygotowali. Zanim „Bayern” wróci do kraju (planowany powrót ma mieć miejsce w lutym 2022 roku), Niemcy przejdą gorący czas wyborów kanclerza. Angela Merkel odchodzi ze sceny politycznej, ale chętnych do przejęcia schedy po niej nie brakuje. Liczne, rozbudowane i pielęgnowane przez kończącą swoją długą aktywność polityczną panią kanclerz interesy z Chinami nie mogą na tym ucierpieć.

Dlatego „Bayern” na dalekim, azjatyckim wyjeździe trochę straszy, a trochę nie. Coś jak Robert Lewandowski w polskiej kadrze.

Fot. A. Kramp-Karrenbauer/Twitter

Tomański

RAFAŁ TOMAŃSKI

Dyrektor Działu Chin i Azji Wschodniej. Dziennikarz, japonista, autor książek o Japonii i obu Koreach. Pracował w Pekinie jako korespondent PAP na Azję. Wielokrotnie relacjonował międzynarodowe szczyty w tamtym regionie dla polskich mediów, m.in. G20 w Hangzhou w 2016 r. i Osace w 2019, czy drugi szczyt Trump-Kim w Hanoi w 2019 roku.

Od czerwca 2020 roku prowadzi „Środek od środka”, cykl nagrań przybliżających azjatycką historię, kulturę, literaturę i życie codzienne na rozmaitych platformach społecznościowych.