Odsłonięcie pierwszego w Polsce pomnika Pála Telekiego, premiera Węgier i wielkiego przyjaciela Polski i Polaków, było znakomitą okazją by porozmawiać o jego postaci z drem Karolem Biernackim, przewodniczącym kuratorium Fundacji Wacława Felczaka w Budapeszcie. W trakcie naszego spotkania rozmawialiśmy także o niezwykłych więzach jakie łączą nasze narody i wyzwaniach przed jakimi stoi Trójmorze.

Dr Tomasz Sińczak: Dzień dobry. Uroczystość w krakowskiej Bibliotece Wojewódzkiej przypomniała wielu Polakom postać premiera hrabiego Pála Telekiego. Jakie znaczenie dla naszych relacji ma postać hrabiego?

Dr Karol Biernacki: Do momentu wybuchu II wojny światowej niesamowicie ważne, później, po jego przedwczesnej i tragicznej śmierci, znaczenie to nabrało wymiaru ponadczasowego i w końcu symbolicznego. Myślę że dzisiejsza uroczystość nie tylko przypomniała Polakom postać Pála Telekiego. Dla niektórych informacje, jakie usłyszeli podczas programu były nowe i dotychczas nieznane. W pierwszej połowie XX wieku, w momentach kluczowych dla naszego państwa, dla narodu polskiego, Teleki odegrał nieprzeciętnie ważną rolę. Dwukrotnie podjął decyzje, które zmieniły bieg wydarzeń, wcześniej zdawałoby się przesądzonych.

Pierwsza decyzja odnosi się do pomocy udzielonej Polsce w momencie zagrożenia bytu państwa polskiego. Zresztą nie tylko naszego, ale również Europy, o tym jednak nie wszyscy historycy chętnie mówią. Pamiętajmy jednak, że obok premiera Pála Telekiego, premiera, obecny był regent Węgier, admirał Miklós Horthy. To była ich wspólna decyzja. I musimy również pamiętać o tym, że kiedy w te wydarzenia wplatamy motywy przyjaźni, oddania i historycznych związków Polski i Węgier, i kiedy nadajemy tym wydarzeniom niesamowicie duży ciężar uczuciowy to nie możemy zapomnieć o takim pojęciu, jakim jest interes państwa. Każdy polityk, każdy odpowiedzialny polityk (a Teleki takim był) również w takich momentach dziejowych, jakim był rok 1920, przede wszystkim myślał o interesie własnego państwa. Nie zapominajmy, że było to krótko po podpisaniu dyktatu pokojowego w Trianon, że Węgrzy szukali sposobu i okazji do wyrwania się z tej tragicznej sytuacji, w jakiej się znalazło okrojone z 2/3 ziem ich państwo. Czynny udział wojska węgierskiego po stronie Polski w wojnie z bolszewikami (plany te się nie powiodły) mógł ten stan zmienić. Kiedy było już wiadomo, że konnica węgierska nie będzie przepuszczona przez tereny Czechosłowacji rząd węgierski decyzji o wysłaniu amunicji i innego wyposażenia wojskowego nie cofnął, nie zmienił. Szlachetność tego czynu jest bezdyskusyjna.

Otwarcie granicy polsko-węgierskiej we wrześniu 1939 roku to czyn głęboko humanitarny, podyktowany i również motywowany solidarnością z narodem polskim oraz szacunkiem i przyjaźnią niejednokrotnie deklarowaną wobec niego. Teleki Pál, postać dla niektórych polityków węgierskich kontrowersyjna i skazywana na przemilczenie oraz „wypychanie” z historii i świadomości węgierskiej wspólnoty narodowej, bądź przedstawiana zbyt jednostronnie, bez gruntownej analizy czynników kształtujących proces podejmowania przez niego dyskusyjnych decyzji z powodu których jest krytykowany nie powinna wpłynąć na sposób postrzegania jego postaci przez Polaków. Uważam, że Teleki był z nami na dobre i na złe, dlatego jest dla nas tak ważny. Jego postawa wobec Polski to prosty kręgosłup z przyczepionymi do niego ponadczasowymi wartościami, których nie trzeba redefiniować, jak to się teraz niejednokrotnie czyni.

T.S.: Przygotowując się do dzisiejszego spotkania zwróciłem uwagę, że postawa Telekiego, który w pewnym monecie zdecydowanie przeciwstawił się dalszej  drodze u boku III Rzeszy jest swego rodzaju odpowiedzią na różnej maści rewizjonistów czy publicystycznych fantastów, którzy w Polsce zwracają uwagę na możliwości współpracy z naszym zachodnim sąsiadem. Czy nie uważa Pan że prognozy Telekiego zostały w jakiś sposób zignorowane bądź nieprawidłowo odczytane przez jego rodaków?

K.B.: Teleki doskonale zdawał sobie sprawę z pułapek, jakie zagrażają Węgrom. Świetnie znał kulturę Niemiec, ich mentalność, również tę mentalność kształtowaną przez początkowe sukcesy wojenne. Według mnie należał do kategorii tych ludzi, którzy myślą o ewentualnych konsekwencjach własnego postępowania nie jeden miesiąc do przodu, ale znacznie dalej.

Nie zapominajmy, że Teleki był światowej sławy naukowcem, geografem i zajmował się również geografią gospodarczą, a te dziedziny uczą też myślenia perspektywicznego, analizy procesów i wyciągania wniosków. Prawda jest taka, że Węgry zostały wciągnięte do gry, w której były partnerem, dążyły do rewizji granic i odzyskania zabranych terenów, ale to nie one rozdawały karty i Teleki zdawał sobie sprawę, że w polityce, w tej brutalnej polityce, kiedyś trzeba będzie zapłacić. Wiedział też, że każde ustępstwo wobec Niemiec pociągnie za sobą proces, który nasi przyjaciele nazywają „kényszerpálya”, tzn. przymusowy tor z którego nie ma wyjścia. Węgierskie lobby wojskowe było mocniejsze, niż wola premiera.

Teleki jako pierwszy zapłacił najwyższą cenę za słabość polityki zagranicznej Węgier. Reszta to już tylko konsekwencje złych decyzji. Czy wtedy były one jednoznacznie złe? To temat osobnych paneli dyskusyjnych naukowców, którzy nie są amatorami w tej dziedzinie i mają niezwykle wielką, kompleksową wiedzę na ten temat. Jednym z takich naukowców jest Balázs Ablonczy, który pomimo wielu lat spędzonych nad badaniami epoki Telekiego i jego samego przyznaje, że zdarzyło mu się zmienić zdanie odnośnie tej postaci.

A wracając do pytania o różnej maści rewizjonistów, publicystów i fantastów w naszej Ojczyźnie. Nasze położenie geopolityczne i doświadczenie historyczne jednoznacznie wytycza granice i pola działania dyplomacji Rzeczypospolitej. To nie jest dziedzina, w której powinno być  miejsce na chwilowe koniunkturalizmy.  Zatrważające jest, że w ostatnim czasie mamy niesamowity urodzaj na użytecznych idiotów w polskim życiu publicznym. Myślenie PROPAŃSTWOWE staje się coraz bardziej deficytowe. To utrudnia prowadzenie sprawnej polityki.

T.S.: Trianońskie upokorzenie było jednym z objawów ignorancji Zachodu i zarazem w przyszłości stało się paliwem napędowym węgierskiego rewizjonizmu. Czy nie jest trochę tak, że współcześnie Zachód, jego lewicowe liberalne elity spoglądając na Europę Środkową z pozycji belferskiej, wpychają Polskę i Węgry do worka z napisem autokracja. Próbują nas pouczać. Czy dziś Polska i Węgry mają, a jeśli tak to jakie, wspólne cele i wspólne wartości?

K.B.: Upokorzenie trianońskie to nie tylko objaw ignorancji Zachodu i podsycanie węgierskiego rewizjonizmu. To cyniczne zasianie potencjalnego niepokoju i czekanie na możliwości wtrącenia w spory między państwami, kreowanie tych sporów i wyciąganie korzyści dla siebie. Nakreślenie na politycznej mapie tak bardzo konfliktogennego regionu, jakim była ówczesna Europa Środka nie może być zaliczane do dzieła przypadku. Ale to już historia, typowe dziel i rządź. Dlatego tak ważne jest, abyśmy mieli świadomą wartości swojego narodu i państwa warstwę polityków, świetnie wykształconych i pozbawionych kompleksów młodych – nie waham się użyć tutaj słowa „graczy” politycznych w służbie narodu, którzy dadzą sobie radę ze swoimi, w szlachetnym tego słowa znaczeniu, przeciwnikami w „zawodzie”. Tymi bardziej doświadczonymi, wyprutymi z wszelkich sentymentów, cynicznymi przedstawicielami świata, który na nowo pragnie definiować czy zredefiniować podstawowe kanony naszego świata chrześcijańskiego. Ci, którzy za wszelką cenę chcą zmienić nasz świat zapomnieli, że opiera się on na Dekalogu, którego nie trzeba uzupełniać ani dopisywać do niego nowych treści. Czy osoby nadające ton wprowadzanemu na siłę porządkowi a raczej systemowi społecznemu (bo z porządkiem ma on niewiele wspólnego) w Europie Zachodniej, nieczęsto korzystając z szantażu ekonomicznego czy gróźb politycznych zastanawiają się nad symboliką flagi europejskiej? Tych dwunastu złotych gwiazd na niej umieszczonych? Robert Schuman nie o takiej zjednoczonej Europie myślał.

Wracając do zawartego w Pana pytaniu słowa „elita”: niestety za duży wpływ na procesy polityczne we wspólnocie europejskiej mają urzędnicy skupieni w jakimś towarzystwie wzajemnej adoracji, uzupełniający się i wspierający w imię niszczących europejską jedność ideologii. Dla mnie grupy, które demontują podstawy europejskości, które dokonują demontażu rodziny nie mają nic wspólnego z elitarnością.  Z całym szacunkiem myślę o tych politykach, którzy są w mniejszości, ale pomimo tego starają się odwrócić nieprzychylne trendy. Cytując klasyczkę: taki mamy klimat! W tym przypadku polityczny. Nie żyjemy pod rządami autokratów, to totalna bzdura. System wartości się nie zmienia, jest taki sam.

To my, Polacy i Węgrzy, nie powinniśmy dać się zdominować przez fałszywych proroków, powinniśmy dbać o własne społeczeństwa i społeczności, a zwłaszcza o młodzież. Na ile jest to tylko możliwe. Powinniśmy dbać o Europę Środka, bo wielki w niej potencjał! Święty Jan Paweł II nieprzypadkowo zwracał uwagę możnych z Europy Zachodniej na lewe płuco naszego kontynentu. I doskonale wiedział, dlaczego tak mówi.

T.S.: Polska i Węgry są częścią Inicjatywy Trójmorza, która jest niezwykłą okazją do tego by wzmocnić to drugie skrzydło Europy… Czy uważa Pan ze jesteśmy w stanie w ten sposób zrównoważyć gospodarczą i ekonomiczną przewagę Zachodu?

K.B.: Może nie zrównoważyć, ale wzmocnić. Tak bardzo wzmocnić swój potencjał gospodarczy, abyśmy się stali równorzędnym partnerem dla tak zwanej starej Europy, która boryka się z wieloma problemami. Wydaje mi się, ze jest to jedyna szansa dla Polski i dla Polaków, dla wszystkich krajów wciśniętych w ten pas między Bałtykiem a Morzem Czarnym. Tylko niewielu zdaje sobie sprawę z tego, jaki niesamowity posiadamy potencjał! I ten umysłowy i również ten ekonomiczny.

No ale od kiedy nasz zachodni sąsiad tak bardzo zaczął się interesować tym projektem zaczynam mieć obawy, że zostanie on zminimalizowany. Że te skrzydła zostaną podcięte. Zresztą słyszeliśmy ostatnio takie głosy sugerujące, gdzie należy przenieść centrum Trójmorza: do Brukseli lub do Berlina. Zapomnijmy o tym! Jeśli tak się stanie, to już nie będzie ten sam projekt! Musimy bardzo mądrze kreować realizację tego wielkiego przedsięwzięcia, bo służyć on będzie nie tylko stricte krajom Europy Środka, ale całej Europie.

Kraje V4 dowiodły, że są poważnym partnerem i kiedy występują solidarnie reprezentują polityczny potencjał z którym należy się liczyć. Musimy przekonywać też inne państwa, głównie te, które są jeszcze niezdecydowane odnośnie do bardziej aktywnego udziału w realizacji projektu Trójmorza. Kilka lat temu w Szeged zorganizowaliśmy konferencję poświęconą Inicjatywie. Zaprosiliśmy np. ambasadora i konsula Rumunii oraz naukowców zajmujących się miedzy innymi infrastrukturą komunikacyjną, drogami. W doskonały sposób opisali siec dróg istniejących obecnie w Europie na osi wschód zachód i mówili o sieci dróg, jaka może być na osi północ-południe, a później o tym, jakie to daje efekty. Dla słuchaczy tej konferencji było to pewne novum. Zdali bowiem sobie sprawę z tego jak wielkim potencjałem jest nasza „Europa Środka”, jakie może mieć znaczenie z punktu widzenia gospodarki europejskiej.

Jeśli nikt nam nie przeszkodzi, jeśli nikt nie zdominuje tego projektu i nie skieruje go w niekorzystnym kierunku, to powinno być dobrze. Niestety coraz więcej przesłanek wskazuje na fakt, że ktoś chce nam ten projekt odebrać i podporządkować własnym interesom. Ktoś chce wpłynąć na niego tak, byśmy się nie stali regionem Europy, który może być pełnoprawnym partnerem (gospodarczym) dla bardziej rozwiniętej ekonomicznie kontynentu.

T.S.: Majewski w swojej znakomitej książce poświęconej kryzysowi sudeckiemu przytacza takie fragmenty z anglosaskich gazet w których Czechy i Morawy są opisywane na wzór brytyjskich kolonii. Pan mówił o próbach przejęcia tej naszej Inicjatywy Trójmorza, nawet przeniesienia jej centrum Berlina czy do Brukseli. Czy to nie jest przypadkiem efekt takiego postkolonialnego myślenia Zachodu na temat dawnej strefy sowieckiej?

K.B.: Dawniej, jeszcze w byłym systemie mówiło się, że będziesz miał tyle wolności, ile sobie wywalczysz. Świętej pamięci Lech Kaczyński powiedział, że jeśli chcemy by nas szanowano, sami musimy się szanować. Czy należy się dziwić, że mocniejsi od nas ekonomicznie mają „ciągotki” postkolonialne, kiedy ich analitycy widzą, że w najprostszych sprawach, ale ważnych z punktu widzenia interesu państwa, część naszej klasy politycznej daje najgorszy przykład, jaki tylko dać można: brak propaństwowości, politykierstwo i, z przykrością to stwierdzam, ale widoczne nieuctwo. Ktoś, kto chce służyć Rzeczypospolitej, zanim zdecyduje się na start w wyborach powinien zrobić rachunek sumienia i nie mylić uprawiania polityki dla dobra Ojczyzny z własnym egoistycznym hobby.

Mówiąc krótko: jeśli wrócimy do Bismarcka i jego poglądów dotyczących Europy Wschodniej jako zaplecza dla przemysłu niemieckiego, rynku dostarczającego taniej siły roboczej… taki motyw w myśleniu Europy Zachodniej jest nie do przezwyciężenia. Gdy pomyślimy też o zalewaniu naszych rynków gorszej jakości produktami to o czym my mówimy? Czy nie jest zwyczajny postkolonializm, czy nie jest to ekonomiczny rasizm? Możemy oczywiście ten stan różnie nazywać i opisywać, nawet tłumaczyć, ale esencją tego zagadnienia jest właśnie postkolonialne myślenie. I podwójna moralność. Zachodni politycy siebie uważają za światłych, a my dla nich wciąż jesteśmy podmiotami drugiej wartości. Nie dajmy im powodów do takiego myślenia! Tak nie powinno być!

T.S.: Miejmy nadzieję, że dzięki takim inicjatywom jak ta, która zacieśnia przyjaźń polsko – węgierską da się uniknąć czarnych scenariuszy w dalszym rozwoju Trójmorza. Dziękuję bardzo za dzisiejszą rozmowę.

K.B.: Cała przyjemność po mojej stronie. Dziękuje.

(Fot. dr Tomasz Sińczak)

Tomasz Sińczak

Dr Tomasz Sińczak

Doktor nauk historycznych, ekspert Fundacji Trójmorze, kierownik Pracowni Badań Historycznych Narodowego Instytutu Kultury i Dziedzictwa Wsi, absolwent historii oraz historii sztuki na Wydziale Nauk Historycznych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.