Bezpośrednia odpowiedź na postawione w tytule pytanie jest w zasadzie tak krótka, że ten tekst mógłby liczyć zaledwie jedno zdanie. Polska obecnie nie jest w stanie obronić się przed Rosją ze względu na niski poziom zdolności polskich sił zbrojnych. i jest to opinia podzielana przez znakomitą większość cywilnych i wojskowych ekspertów wypowiadających się w tej kwestii. Pojęcie zdolności jest tu przy tym kluczowe, gdyż nawet dostawy nowego sprzętu nie tworzą jeszcze złożonego z wielu elementów kompleksowego systemu, jaki konieczny jest do wykonywania zadań na polu walki.

Błędem byłoby jednak poprzestanie na powyższej lapidarnej konkluzji. Powyższe pytanie stawia bowiem problem, który jest stale aktualny i ma kluczowe znaczenie zarówno w kontekście kolektywnej obrony w ramach sojuszy, jak i z punktu widzenia czarnego scenariusza w postaci konieczności samodzielnej obrony kraju. Z pewnością więc warto mu poświęcić więcej uwagi.

Pierwszym i podstawowym krokiem w rozpatrywaniu problemu samodzielnej obrony przez Rosją jest przyjecie pewnych założeń, określających pole analizy. Jeśli bierze się pod uwagę wszelkie teoretycznie wykonalne militarnie scenariusze, w tym strategiczny atak nuklearny na nasz kraj, to oczywiście trudno jest mówić o szansach na skuteczną obronę. To samo raczej też dotyczy hipotetycznej wielkiej agresji konwencjonalnej, na skalę porównywalną z niemieckim atakiem w 1939 r.

Kiedy się jednak bierze pod uwagę interesy polityczne współczesnej Rosji i jej politykę, a także wiedzę wynikającą z historii wojen, skala zagrożeń wchodzących w grę jest zupełnie inna. Wówczas można w uproszczeniu przyjąć, że możliwość skutecznej samodzielnej obrony przed rosyjskim atakiem jest funkcją trzech czynników: polskich zdolności obronnych, rosyjskiego potencjału ofensywnego oraz stopnia determinacji Rosji do pokonania Polski. Ten ostatni czynnik zależy od wagi rosyjskich interesów leżących na szali. Im mniej kluczowe interesy, tym mniejsza skłonność do angażowania wielkich sił i ponoszenia dużych strat, co bezpośrednio będzie się przekładać na szanse Polski w wojnie.

Przyjmując ta ostatnia perspektywę, na kwestię zdolności Polski do obrony przed Rosją warto spojrzeć z perspektywy długoterminowej, w oderwaniu od obecnego układu sił i stanu armii, przyjmując przy tym założenie, że rozwój polskiego potencjału obronnego mógłby być bez przeszkód realizowany w oparciu o możliwie optymalną strategię obronną, a jego ograniczeniami byłyby głównie dwa parametry – wielkość gospodarki oraz liczba ludności. Poziom technologiczny nie ma tu już większego znaczenia, gdyż Polska może kupować niemal każdą nowoczesną broń konwencjonalną jakiej potrzebuje na Zachodzie, o ile oczywiście ma na nią środki finansowe. Patrząc z tej perspektywy szanse na budowę narodowego potencjału obronnego, który byłby w stanie przynajmniej uczynić każdą rosyjską inwazję zbrojną niezwykle kosztowną, nie wyglądają już tak źle.

Polska ma zdecydowanie mniejszy potencjał gospodarczy i ludnościowy od Rosji, ale różnica nie jest aż tak dramatyczna. W 2019 r. według danych MFW polski PKB wyniósł 592 mld dolarów, a przy uwzględnieniu parytetu siły nabywczej (PPP) 1.309 mld dolarów, ludność kraju zaś liczyła prawie 38 mln. Dla porównania, analogiczne wielkości dla Rosji to 1.702 mld PKB liczonego po bieżącym kursie dolara, 4.135 mld według PPP, oraz populacja licząca 146 mln.[1] Prześledzenie tych wskaźników począwszy od roku 1991 pokazuje, że o ile liczba mieszkańców w przypadku Polski utrzymywała się na poziomie nieco ponad jednej czwartej populacji Rosji, to relacja wielkości PKB obu krajów zmieniała się już wyraźnie. Niemnie, jeśli wziąć pod uwagę bardziej miarodajne w tym wypadku wielkości PKB liczone z uwzględnieniem siły nabywczej, to średnio kształtowała się ona w przedziale od 1:3 do 1:4 na korzyść Rosji.

Historyczne doświadczenia wyraźnie wskazują, że tego rzędu dysproporcja potencjałów nie przekreśla szans na możliwość skutecznej obrony. Znane są przypadki, w których państwa potrafiły jeśli nie wygrać wojnę, to przynajmniej stawić bardzo zacięty i częściowo skuteczny opór agresorom posiadającym gospodarkę i populację kilkanaście czy kilkadziesiąt razy większą od nich. ZSRR w momencie agresji na Finlandię posiadał przewagę wręcz gigantyczną, bo aż 34 większy PKB oraz 52 razy większą liczbę ludności.[2] Z kolej Wietnam był w stanie w 1979 r. skutecznie podjąć walkę z chińską inwazją pomimo tego, że Chiny posiadały 24-krotną przewagę pod względem wielkości gospodarki oraz ponad 18-krotną pod względem wielkości populacji.[3] Oczywiście, wspólną cechą obu tych wojen, poza bardzo ważnym aspektem w postaci nieprzygotowania wojsk inwazyjnych, był brak determinacji agresora, aby osiągnąć pełne zwycięstwo bez względu na koszty. Taka sytuacja jest jednak historycznie rzecz biorąc czymś typowym, a nie wyjątkowym. Ogromna większość międzypaństwowych konfliktów zbrojnych toczy się o cele ograniczone.

Jeśli jednak spojrzeć na wydatki obronne Polski i Rosji, to sytuacja wygląda już wyraźnie gorzej. Według danych SIPRI w 2019 r. Polska wydała na obronność 11,9 mld dolarów, podczas gdy nakłady Rosji wyniosły ponad 65 mld dolarów. Co więcej, gdyby wziąć pod uwagę realną wartość nabywczą tych nakładów, to różnica ta byłaby jeszcze większa.

Obecnie wielu ekspertów i instytucji skłania się do wniosku, że branie w międzynarodowych porównaniach pod uwagę rosyjskich wydatków obronnych wyrażonych w dolarach po aktualnym kursie dolara mija się z celem, gdyż dane te zupełnie nie oddają tego, co Rosja jest w stanie pozyskać za te kwoty w porównaniu z innymi państwami. Wynika to z głównie faktu, że modernizując i utrzymując swoje siły zbrojne praktycznie za nic nie płaci w dolarach, a kurs rubla do tej waluty jest obecnie niski. W istocie nigdy nie byłoby jej stać na utrzymanie, modernizacje i intensywne szkolenie tak wielkich sił konwencjonalnych i nuklearnych, gdyby jej wydatki na obronność faktycznie były porównywalne z wydatkami Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii, tak jak na to wskazują najczęściej przywoływane dane.

Nie ma obecnie dobrego wskaźnika, który oddawałby rzeczywistą wartość rosyjskich nakładów obronnych i nadawał się do porównań z innymi państwami, niemniej za stosunkowo najbardziej miarodajne coraz częściej uważa się określanie tychże wydatków w dolarach amerykańskich, ale z uwzględnieniem siły nabywczej (PPP). Stosując ten wskaźnik M. Kofman, ekspert specjalizujący się w rosyjskiej polityce wojskowej, oceniał wartość rosyjskich nakładów na obronność w 2019 r. na rzędu 150-180 mld USD, co stawiało Rosję na trzecim miejscu na świecie.[4] Z kolei uznany londyński International Institute for Strategic Studies szacował, że wyniosły one według tej metody 164 mld dolarów.[5] Wprawdzie również polskie wydatki liczone przy użyciu tego wskaźnika są zdecydowanie wyższe, ale znajdują się one na razie w granicach 30 miliardów dolarów.

Istnieje wszakże realna szansa, że powyższa dysproporcja zmniejszy się w ciągu najbliższej dekady, a przemawiają za tym dwie przesłanki. Po pierwsze, przyczyną tak dużej obecnej różnicy jest w dużej mierze to, że Rosja zdecydowanie większą część swojego PKB przeznacza na zbrojenia niż nasz kraj. Jeśli jednak rosyjskie nakłady ulegną stagnacji, a w relacji do PKB spadną, co w świetle już obserwowanych tendencji jest prawdopodobne, podczas gdy polskie zgodnie z ustawą wzrosną do 2,5% PKB w 2030 r., to istniejąca luka dość znacząco by się zmniejszyła. Dodatkowym czynnikiem wpływającym na jej redukcję może stać się też mniejsza niż obecnie różnica w wielkości gospodarek obu państw. Polska od blisko dekady rozwija się wyraźnie szybciej od Rosji i jak dotąd nic nie wskazuje, aby trend ten miał się odwrócić w nadchodzącej dekadzie.

W końcu jeśli spojrzymy na szanse Polski w starciu z Rosją ze strategiczno-operacyjnego punktu widzenia, to warunki do obrony są z pewnością daleki od optymalnych, ale też nie wyglądają one źle, a przynajmniej nieporównanie lepiej niż w roku 1939. Prowadzone z dużym rozmachem uderzenia Rosja mogłaby wyprowadzić praktycznie jedynie z terytorium Białorusi, przy czym za najdogodniejszy do działań zaczepnych na dużą skalę potencjalny kierunek ataku uważa się oś Brześć – Warszawa.

Z pewnością Rosja mogłaby wykorzystać do potencjalnej inwazji jedynie część swoich sił zbrojnych. Jak wielką, trudno jest z wyprzedzeniem bardziej precyzyjnie określić, niemniej jako orientacyjną wielkość można przyjąć, odwołując się do często cytowanego szwedzkiego raportu, że Rosja byłaby w stanie w stosunkowo krótkim czasie zaangażować do napaści na Polskę ugrupowanie liczące maksymalnie 250-300 tysięcy żołnierzy.[6] Można założyć, że Polsce jako stronie broniącej powinny wystarczyć siły istotnie mniejsze, o ile byłyby one przynajmniej porównywalne jakościowo z rosyjskimi. Często przyjmuje się, że na  kierunku natarcia dobrze przygotowane do obrony wojska mogą być trzy razy mniej liczne od wojsk atakujących, choć niekiedy ten przelicznik stosuje się również do ogólnego stosunku sił obu stron.[7]

Powyższe spojrzenie na ogólne warunki określające możliwości Polski w zakresie obrony przed Rosją jest ważne, gdyż pozwala ustalić realny poziom ambicji obronnych. Niemniej jednak, w długofalowym podejściu do obrony kraju należy koncentrować się bardziej na możliwie najskuteczniejszej strategii obronnej i stworzonych na potrzeby jej realizacji kluczowych zdolnościach wojskowych, niż na określonych scenariuszach rosyjskiej agresji. Nieznany jest bowiem ani jej charakter ani skala, gdyż kwestie te zależą od politycznych motywów agresora, aktualnego stanu rosyjskich sił zbrojnych oraz innych czynników, których nie da się przewidzieć z większym wyprzedzeniem.

Co więcej, choć polski potencjał militarny powinien być dostosowany do wielkości zagrożenia, to i tak trzeba przyjąć, że autonomiczne zdolności Polski do obrony przed Rosją są sprawą relatywną, a ich poziom będzie zmieniać się w czasie, do pewnego stopnia niezależnie od naszych starań. W 2006 r. Rosja stanowiła dla Polski przypuszczalnie mniejsze zagrożenie militarne niż dziś, ale nie ze względu na ówczesną siłę polskiej armii, ale na fakt, że była wówczas w stanie, według słów prezydenta Putina, w krótkim czasie wystawić do walki jedynie 55 tysięcy żołnierzy, parokrotnie mniej niż obecnie.[8]

W wymiarze militarnym, o obronie Polski w dłuższej perspektywie najlepiej jest myśleć w kategoriach szerokich, ogólnych zdolności (generic capabilities), takich jak np. zwalczanie zagrożeń na lądzie czy w powietrzu, na wzór programu „zwalczanie zagrożeń na morzu”, uwzględniając przy tym postęp techniki wojskowej w każdym z tych obszarów, nie zaś przez pryzmat  konkretnych scenariuszy agresji bądź konkretnych systemów uzbrojenia. Są bowiem takie zdolności, jak np. zwalczanie wrogich pojazdów lądowych czy żywotność własnych wojsk, które zachowują dużą wartości obronną i odstraszającą przez kilka dekad, niezależnie od rozwoju sytuacji. Niestety w ciągu minionych trzech dekad nie zrobiono zbyt wiele, aby tego rodzaju zdolności stworzyć, z przyczyn, o których będzie mowa w poniższym podrozdziale.

 

 

 

Późny start

 

Jak już wskazano na wstępie, poziom zdolności militarnych Polski, nawet po paru latach znaczącego wzrostu wydatków obronnych, można uznać za niski. Tak w stosunku do demograficznego i zwłaszcza ekonomicznego potencjału państwa, nie mówiąc o strategicznych potrzebach. Jedną z głównych przyczyn tego stanu rzeczy jest fakt, że proces ich systematycznej budowy pod kątem obrony kraju na większą skalę rozpoczął się dopiero w minionej dekadzie, a jego postęp od tej pory wciąż spowalniają takie czynniki jak nierealne plany, niewydolność instytucjonalna, częste zmiany kadrowe, czy ograniczone środki finansowe.

Przez ponad dwie dekady od momentu odzyskania niepodległości polskie władze nie tylko potrafiły nakreślić wizji narodowego potencjału odstraszania i obrony, ale też czasem nie dostrzegały nawet potrzeby jego budowy. W oficjalnych dokumentach strategicznych z lat 1992-2014 zajmowano się, generalnie rzecz biorąc, przede wszystkim aktualnymi lub możliwymi w niedalekiej przyszłości wyzwaniami w sferze bezpieczeństwa, i pod tym kątem podchodzono do zdolności wojskowych. Z poważniejszych zagrożeń militarnych dla Polski brano niezmiennie pod uwagę dwa scenariusze: atak zbrojny na niewielką skalę, który Polska byłaby w stanie odeprzeć własnymi siłami, oraz pełnoskalową inwazję, w przypadku której nasz kraj mógłby jedynie starać się możliwie długo stawiać zbrojny opór i liczyć na pomoc z zewnątrz. Żaden z nich nie motywował do budowy potencjału militarnego, który maksymalizowałby skuteczność ewentualnej operacji obronnej. O ile pierwszy był bardzo mało wymagający, to drugi, dla kontrastu, stawiał poprzeczkę niezwykle wysoko, a zarazem był określany jako bardzo mało prawdopodobny. Jednocześnie poważnym błędem było również niedostrzeganie lub niedocenianie problemu, jaki była możliwość powrotu Rosji na ścieżkę neoimperialną.

W konsekwencji dominowała polityka obronna o charakterze doraźnym. Taka polityka zaś z definicji nie jest w stanie, szczególnie w przypadku państwa o takim potencjale i położeniu jak Polska, zapewnić niezbędnych zdolności obronnych. Te muszą bowiem być budowane przez dekady, czyli przez okres obejmujący liczne kadencje parlamentarne oraz wykraczający daleko poza możliwości prognozowania sytuacji międzynarodowej.

Optymalnie rzecz biorąc, pierwszym krokiem zmierzającym do budowy narodowego potencjału odstraszania powinno być wypracowanie długofalowej i cieszącej się możliwie szeroką akceptacją politycznych i wojskowych elit strategii obronnej. Jednak pomimo pojawiania się takich postulatów, ostatecznie nigdy w Polsce do tego nie doszło.[9] Jak to wytknął jeden z zachodnich ekspertów w roku wstąpienia Polski do NATO, nie podjęto w kraju nawet poważniejszych wysiłków na rzecz wprowadzenia nowej doktryny operacyjnej w siłach zbrojnych.[10] Pochodną braku wspólnej wizji obrony kraju były też inne problemy, jak nierozwiązany praktycznie do tej pory dylemat „stosunku ilości do jakości” czy też patrzenie na siły zbrojne przez pryzmat przedsięwzięć rzeczowych, a nie osiągnięcia zdolności do realizacji określonych zadań. Skoro nie było wiadomo, jak ma wyglądać polska obrona, to niemal dowolne zakupy czy posunięcia organizacyjne można przedstawiać jako wzmacniające bezpieczeństwo kraju.

Problematyczne okazały się również niektóre aspekty polskiego podejścia do sojuszy.  Liczba mnoga jest tu nieprzypadkowa, gdyż bilateralne relacje w sferze bezpieczeństwa ze Stanami Zjednoczonymi warto traktować po części niezależnie od członkostwa w NATO. Unię Europejską, która też posiada już pewne atrybuty sojuszu, pozostawimy tu na boku, gdyż w sferze „twardego” bezpieczeństwa nie odgrywa ona większej roli.

Generalnie rzecz biorąc, w polskiej polityce bezpieczeństwa oraz toczącej się wokół niej debacie publicznej koncentrowano się na wybranych i niewątpliwie ważnych aspektach (np. pozycja polityczna Polski, zasada wzajemności, dokumenty NATO), ale przy jednoczesnym niedocenianiu znaczenia innych istotnych kwestii. Przede wszystkim dotyczy to faktycznych możliwości wypełnienia przez sojuszników Polski ich zobowiązań wynikających z artykułu 5, skali kosztów, jakie musieliby ponieść z tego tytułu, oraz ściśle związanej z tymi sprawami roli narodowych zdolności militarnych, tak w samym zapewnieniu sojuszniczego wsparcia, jak i skuteczności późniejszej kolektywnej obrony.

Szczególnie ważna w tym kontekście jest pierwsza dekada obecnego stulecia, kiedy to Polska, silnie angażując się w operacje międzynarodowe, traktowała udział w nich przede wszystkim jako inwestycję mającą na celu wzmacnianie sojuszniczej solidarności, która dodatkowo przyniesie też korzyści w postaci silniejszej pozycji w strukturach euroatlantyckich. Polscy decydenci zakładali, że pomoc sojusznikom w zwalczaniu ważnych dla nich zagrożeń zaowocuje podobną gotowością z ich strony do wsparcia Polski, kiedy ta znajdzie się w sytuacji zagrożenia.[11] Jak pisali O. Onyszkiewicz i O. Osica, „skala i czas odpowiedzi sojuszników na wezwanie Polski jest funkcją skali i czasu reakcji Polskich Sił Zbrojnych na prośby o wsparcie pozostałych sojuszników.”[12] Równolegle w odniesieniu do rozwoju Sił Zbrojnych RP coraz większy nacisk kładziono na ich zdolność do udziału w operacjach typu out of area, co znalazło wyraz zarówno w publikacjach z tego okresu jak i faktycznej polityce obronnej państwa, w tym decyzjach dotyczących pozyskiwania  uzbrojenia i sprzętu wojskowego.[13]

Tego rodzaju podejście, zakładające w istocie kumulowanie „kapitału wdzięczności” u sojuszników, miało jednak pewne negatywne aspekty, z których najważniejsze były dwa. Po pierwsze, choć jest to konkluzja banalna, z samej natury sojuszy wynika iż w przypadku sojuszniczych gwarancji bezpieczeństwa nigdy nie występuje pewność, jedynie można mówić o stopniu prawdopodobieństwa. Państwo, które buduje swoje siły zbrojne w dużej mierze pod kątem sojuszniczych potrzeb, automatycznie godzi się na ryzyko, że w najczarniejszym scenariuszu nie będzie mogło liczyć ani na wojska sojusznicze, ani na własne.

Po drugie, z teorii odstraszania i teorii sojuszy jednoznacznie wynika, że jednym z najważniejszych czynników decydujących o udzieleniu zagrożonemu sojusznikowi militarnego wsparcia jest lokalny stosunek sił wojskowych. Innymi słowy, prawdopodobieństwo wypełnienia sojuszniczych gwarancji gwałtownie maleje, jeśli szanse na militarną skuteczność ewentualnej pomocy wydają się bardzo znikome. Trzeba też jednocześnie brać pod uwagę bardzo istotną sprawę kosztów takiej pomocy, gdyż z punktu widzenia USA i mocarstw europejskich odzyskanie kawałka polskiego czy estońskiego terytorium niekoniecznie byłoby warte każdej ceny.[14]

Powyższe nie oznacza w żadnym razie, iż udział Polski w operacjach sojuszniczych był błędem. Przeciwnie, z punktu widzenia wiarygodności Polski jako sojusznika był on konieczny. Problem leżał w rozłożeniu akcentów. Zbyt duży nacisk położono na inwestycje w sojuszniczą solidarność i zasadę wzajemności, zbyt mały na własne zdolności obronne jako jeden z absolutnie kluczowych czynników warunkujących sojusznicze wsparcie, o ewentualnej konieczności samodzielnej obrony nie wspominając. Udział w operacjach stabilizacyjnych należało traktować raczej jako spełnienie koniecznego warunku, aby nie zyskać u sojuszników reputacji państwa, które konsekwentnie odmawia udzielania wsparcia innym i przez to same na obronę nie zasługuje. Natomiast jeśli chodzi o kwestię „wdzięczności”, to zapewne bliski prawdy jest Jacek Bartosiak mówiąc, że nie jest ona „walutą” w stosunkach międzynarodowych. Oczywiście, poczucie wdzięczności może naszemu państwu kiedyś pomóc, ale nie powinno się go traktować jako zbyt istotnego czynnika.

Obecnie kierunek polskiej polityki zagranicznej powinny wyznaczać trzy wyzwania: charakter i możliwa skala militarnych zagrożeń ze strony Rosji, dostosowanie do sojuszniczych możliwości i strategii oraz dostosowanie do wymogów nowoczesnego pola walki. Warto na każde z nich spojrzeć oddzielnie, jednak pomiędzy działaniami koniecznymi w każdym z tych obszarów nimi występuje tak duży stopień synergii, że w istocie wytyczają one jeden strategiczny kurs.

 

Zagrożenia ze strony Rosji

 

Rosja jest jedynym źródłem militarnych zagrożeń dla Polski. Obecnie ryzyko agresji zbrojnej z jej strony można uznać za bardzo niewielkie, ale sytuacja ta może się zmienić w relatywnie krótkim czasie. Wydaje się, że szczególnie trzy rodzaje okoliczności zwiększałyby niebezpieczeństwo rosyjskiego ataku na Polskę, a także państwa bałtyckie bądź Norwegię.

Pierwszą sytuacją jest stan podwyższonego poczucia zagrożenia na Kremlu. Zwłaszcza, jeśli wynikałby z działań Zachodu, które potencjalnie zagrażałyby przetrwaniu aktualnego reżymu albo też naruszałyby strategiczne interesy Rosji, na przykład w postaci próby wyrwania Białorusi z jej strefy wpływów lub wprowadzenia drakońskich sankcji gospodarczych. W przypadku poważnego kryzysu na linii Zachód-Rosja lub USA-Rosja, Moskwa mogłaby zdecydować się na agresywne kroki wobec państw granicznych NATO, na przykład w celu zajęcia określonych terytoriów i potraktowania ich następnie jako karty przetargowej. Obawy przed tego rodzaju zagrożeniem widoczne są w państwach bałtyckich i Norwegii. Drugi niebezpieczny scenariusz wiąże się z kolei z szansą, jaka może pojawić się przed Rosją w związku z czasową utratą przez Zachód zdolności do reakcji na jej ekspansywne kroki. Tak może się stać np. w wyniku kolejnego kryzysu ekonomicznego w państwach zachodnich bądź zaangażowania Stanów Zjednoczonych w poważny kryzys polityczno-wojskowy lub wręcz konflikt zbrojny z Chinami. Trzecia ewentualność, raczej najmniej prawdopodobna, to poważny kryzys w relacjach pomiędzy Rosją a jednym z jej zachodnich sąsiadów. Jako możliwy powód, a w istocie raczej pretekst, takiej sytuacji podaje się często w tym kontekście zatarg o prawa rosyjskiej mniejszości na Łotwie i w Estonii.

Można przyjąć, że celem militarnych działań Moskwy nie byłoby zdobycie nowych terytoriów, albo też zdobycze terytorialne ograniczone byłyby do przyłączenia do Rosji jedynie wschodnich rejonów Estonii i Łotwy zamieszkałych głównie przez ludność rosyjską. Mniej prawdopodobne jest już stworzenie lądowego korytarza łączącego Obwód Kaliningradzki z Białorusią, choć i takiego scenariusza nie da się wykluczyć. Przypuszczalnie jednak celami rosyjskiej inwazji byłoby wykazanie bezsilności NATO oraz Stanów Zjednoczonych i w konsekwencji pozbawienie tych podmiotów wiarygodności jako gwarantów bezpieczeństwa oraz wymuszenie określonych ustępstw. Te ostatnie mogłyby dotyczyć między innymi zmiany statusu państw na wschodniej flance NATO, polegającej np. na ich częściowej demilitaryzacji i faktycznym wyjęciu spod polityczno-militarnego parasola ochronnego sojuszu.

Z militarnego punktu widzenia, zagrożenie stwarzane przez Rosję wiąże się zwłaszcza z jej zdolnością do przeprowadzenia zaskakującej, a jednocześnie zmasowanej i przygniatającej siłą rażenia inwazji na swoich zachodnich peryferiach.[15] Potrzebne do niej siły jest ona w stanie zmobilizować w czasie szacowanym przez różne zachodnie źródła na od kilku dni do kilku tygodni.[16] Nie ma przy tym aż tak dużego znaczenia, że w pobliżu granic państw NATO nie stacjonuje zbyt wiele rosyjskich jednostek. Na przykład według rosyjskich mediów, np. zajęcie pozycji wyjściowych na Białorusi w celu ataku na przesmyk suwalski, zajęłoby bazującej w okolicach Moskwy 4 Kantemirowskiej Dywizji Pancernej pięć dni.[17] Do kluczowych atutów Rosji w kontekście tego rodzaju scenariusza zalicza się: jednolite kierownictwo polityczne, zdolność do ukrywania własnych zamierzeń, między innymi poprzez wykonywanie licznych ruchów pozornych, doktrynę wojskową kładącą bardzo duży nacisk na początkową fazę wojny, siły zbrojne o wysokiej gotowości bojowej, przewagę militarną nad wojskami NATO w regionie bałtyckim, systemy antydostępową oraz korzystną geografię.

W przypadku Polski, do bardziej realnych scenariuszy wojny z Rosją można zaliczyć: 1) rosyjską inwazję na znaczną skalę, której jednym z głównych militarnych celów byłoby otoczenie lub zagrożenie stolicy państwa, a najsilniejsze uderzenie wyszłoby z okolic Brześcia, 2) zajęcie przesmyku suwalskiego, być może wraz z szerokim pasem ziemi wzdłuż granicy z Obwodem Kaliningradzkim,[18] oraz 3) odcięcie wojsk polskich biorących udział w operacji wsparcia państw bałtyckich. We wszystkich tych wariantach należy się liczyć z próbą strategicznego zaskoczenia oraz porażenia polskich zdolności obronnych na samym początku konfliktu zmasowanymi atakami powietrznymi, w spektrum elektromagnetycznym i cyberprzestrzeni.

Możliwe są też inne zagrożenia militarne, w tym polityczno-militarna presja, agresja zbrojna ograniczona jedynie do ataków powietrznych na szczególnie wartościowe cele na terytorium Polski lub działania nękające, np. w postaci rajdów grup dywersyjnych. Są one jednak mniej niebezpieczne niż wskazane wyżej, a po części również mniej prawdopodobne. Jeśli chodzi natomiast o najpoważniejsze konwencjonalne zagrożenia militarne, jakim jest inwazja na pełną skalę z zamiarem zawojowania lub pozbawienia suwerenności państwa, to jego prawdopodobieństwo w obecnej erze i przy obecnej Rosji jest niezwykle małe. Co więcej, niemal na pewno narastałoby przez dłuższy czas, w którym nie brakowałoby wyraźnych znaków ostrzegawczych. Dlatego też obecnie nie należy koncentrować na nim nadmiernej uwagi i większych środków.

 

Wsparcie sojuszników

 

Sojusze to nie przyznane raz na zawsze żelazne gwarancje bezpieczeństwa, ale dynamiczna relacja, zmieniająca się w czasie pod wpływem rozmaitych czynników. Wymagają one cyklicznej ewaluacji, tak aby móc z jednej strony maksymalnie wykorzystać te korzyści, które mogą one zaoferować, z drugiej zaś uniknąć tworzenia oczekiwań, które realistycznie nie będą mogły zostać spełnione.

Poczynając od NATO, do jego mocnych stron, mimo wszystkich znanych słabości, można zaliczyć potencjał militarny, choć na większą skalę mógłby on zostać wykorzystany po długim, wielomiesięcznym okresie mobilizacji, rosnącą zdolność do w miarę szybkiego reagowania na relatywnie niewielkie lub narastające stopniowo kryzysy polityczno-militarne, oraz coraz większe możliwości odpowiedzi na zagrożenia niewojskowe, takie jak ataki cybernetyczne. Kolejny ważny atut to integracyjna funkcja NATO, wspomagana pod tym względem przez aktywną politykę USA, w zakresie polityki odstraszania i obrony w skali całego regionu sąsiadującego z Rosją, włączając to szereg państw spoza sojuszu.[19] Przypuszczalnie jednak największą wartością dodaną wnoszoną przez sojusz jest to, że wraz z Unią Europejską zapewnia on polityczną konsolidację Zachodu wobec agresywnych działań Rosji. Oczywiście można wskazać, że konsolidacja ta jest wysoce niepełna i dotyczy jedynie wybranych obszarów, niemniej łatwo sobie wyobrazić sytuację, i wszystkie tego negatywne konsekwencje, w której takiej wspólnej linii by nie było.

Z kolei za podstawową słabość NATO należy uznać zdolność do wypełnienia jego podstawowej misji, jaką jest kolektywna obrona, w sytuacji, w której miałaby miejsce rosyjska agresja na jednego lub kilku członków, dokonana z zaskoczenia lub po krótkim okresie ostrzegawczym. Przyjęta i stopniowo rozwijana przez NATO po 2014 r. strategia odstraszania i obrony na wschodniej flance, nazywana niekiedy strategią „odstraszania poprzez wzmocnienie” (deterrence by reinforcement), opiera się na dwóch komponentach: bardzo niewielkich siłach dyslokowanych w regionie oraz zdolności do mobilizacji i przerzutu dużo większych sił w razie zagrożenia.[20] Koncepcja ta, choć przypuszczalnie i tak najlepsza biorąc pod uwagę istniejące sojuszu polityczne, wojskowe, finansowe i logistyczne ograniczenia, jest jednak zdecydowanie daleka od optymalnej z militarnego punktu widzenia.

Sojusz nie posiada zdolności do szybkiego przerzutu dużych sił z zachodu na wschód i sytuacja ta niemal na pewno nie zmieni się w przewidywalnej przyszłości w sposób zasadniczy.[21] Wynika to z co najmniej trzech powodów: braku większych sił o odpowiednim stanie gotowości, barier administracyjno-infrastrukturalnych utrudniających transport wojsk oraz, po rozpoczęciu działań wojennych, oddziaływania rosyjskich systemów antydostępowych. Oczywiście przeszkody te można starać się ograniczać i do pewnego stopnia tak się już dzieje, jednak podejmowane w tym zakresie wysiłki niemal na pewno nie zdołają w sposób zasadniczy zredukować „luki czasowej”, pomiędzy rosyjskimi działaniami zaczepnymi a poważniejszą reakcją militarną NATO. Sojusz w początkowej fazie konfliktu obok zdolności w zakresie wywiadu, obserwacji i rozpoznania mógłby użyć głównie lotnictwa, jednak jego wykorzystanie byłoby przynajmniej przez pierwsze tygodnie walk istotnie ograniczone z uwagi na oddziaływanie bardzo rozbudowanej, wielowarstwowej rosyjskiej obrony powietrznej.

Dla Polski najważniejsze jednak znaczenie ma zmiana amerykańskiej strategii obrony sojuszników i partnerów, jaka miała miejsce wraz z przyjęciem Strategii Bezpieczeństwa Narodowego (National Security Strategy, NSS) z grudnia 2017 r. oraz Narodowej Strategii Obronnej (National Defence Strategy, NDS) z 2018 r.[22] Jest to tym bardziej istotne, że tzw. scenariusz fait accompli, czyli niespodziewanej inwazji dokonanej przez Rosję lub Chiny na kraj związany politycznie z USA, uznany został przez USA za najważniejsze konwencjonalne zagrożenie militarne, definiujące w dużej mierze ich politykę obronną. Jako potencjalne cele tego rodzaju chińskiej lub rosyjskiej agresji brane są pod uwagę „Tajwan, kraje bałtyckie i wschodnia Polska”.[23]

Jak stwierdził przed komisją Kongresu E. Colby, wówczas odpowiedzialny za opracowanie wspomnianej strategii obronnej wyższy urzędnik Pentagonu, administracja Trumpa zdecydowała się odejść od „modelu Pustynnej Burzy”, zakładającego zgromadzenie w rejonie operacji ogromnej masy wojsk („góry żelaza”) i następnie zbrojne oswobodzenie podbitego kraju, na rzecz strategii odstraszania i obrony, której celem jest niedopuszczenie, aby w ogóle doszło do takiego podboju w wyniku zakończonej szybkim zwycięstwem inwazji.[24] Innymi słowy, oznacza to konieczność skutecznej obrony amerykańskich sojuszników, nawet w obliczu zaskakującej i potężnej inwazji. Powodem tej zmiany są nowe uwarunkowania strategiczne. Współcześnie operacja wyzwolenia zajętego kraju z rąk takich mocarstw jak Rosja czy Chiny byłaby niezwykle ryzykowna i kosztowna, a przez to „politycznie nieakceptowana dla Waszyngtonu i jego sojuszników”.[25]

W odpowiedzi na powyższe zagrożenie NDS oferuje „nowy model operacyjny”, zakładający, że w początkowej fazie konfliktu siły agresora zostaną w jakimś stopniu powstrzymane przez wojska amerykańskie będące już w rejonie działań oraz te przerzucone z USA tuż przed samym konfliktem lub już w jego trakcie, natomiast korzystne rozstrzygnięcie wojny będzie możliwe po mobilizacji i przybyciu większych sił z terytorium Stanów Zjednoczonych. W obu tych fazach, co zresztą w pełni zrozumiałe, bardzo ważna rola przypisana jest wojskom sojuszniczym, w tym siłom zbrojnym zaatakowanego państwa. Możliwości realizacji tej strategii rodzą jednak pewne wątpliwości, dotyczące głównie, podobne jak w przypadku NATO, zdolności do szybkiego przerzutu większej ilości wojsk.[26]

Powyższe strategie NATO i USA, które zresztą po części nakładają się na siebie z uwagi na przewidywane w nich wykorzystanie tych samych zdolności, mają z oczywistych względów zasadnicze znaczenie dla Polski.

Z jednej strony są one korzystne, gdyż stawiają na skuteczną obronę i powstrzymanie potencjalnej inwazji już na samym jej początku. Biorąc pod uwagę konwencjonalny i nuklearny potencjał Rosji oraz jej rosnącą niezależność od Zachodu w innych obszarach, strategia zakładająca pozbawienie jej szans na szybkie zwycięstwo militarne poprzez gotowość do podjęcia szybkiej i skutecznej obrony, jest zdecydowanie najlepsza. Inne rozwiązania, jak horyzontalna eskalacja, drakońskie sankcje (cost imposition) czy też strategiczna operacja zbrojnego oswobodzenia zajętego terytorium, są z rozmaitych przyczyn, w tym politycznych, zdecydowanie gorsze. Mogłyby one zresztą z tego powodu nigdy nie zostać wobec agresora podjęte.

Z drugiej możliwości realizacji tych strategii są ograniczone. Zwłaszcza w przypadku strategicznego zaskoczenia zaatakowany kraj musiałby przynajmniej w pierwszej fazie, liczonej być może w tygodniach, polegać głównie na własnej obronie. Co więcej, biorąc pod uwagę skalę i liczbę wewnętrznych i zewnętrznych wyzwań stojących przed głównymi sojusznikami Polski w nadchodzącej dekadzie, trzeba brać pod uwagę podwyższone ryzyko, że nie będą oni w stanie, indywidualnie lub w ramach NATO, udzielić Polsce nawet ograniczonego wsparcia.

Rodzi to oczywistą konieczność rozwoju przez Polskę własnych zdolności do obrony kraju, ale wyzwanie to ma też szerszy, regionalno-sojuszniczy wymiar. Według opublikowanego w 2020 r. raportu, którego współautorem jest b. dowódca wojsk amerykańskich w Europie, polskie dywizje niemal na pewno byłyby pierwszymi wojskami NATO, jakie miałyby odpowiedzieć na zagrożenie w regionie Bałtyku.[27] Pięć lat wcześniej uznany ekspert E. Lucas wspomniał, że pierwszy plan ewentualnościowy NATO dla państw bałtyckich przewidywał w razie zagrożenia rozmieszczenie ok. jednej trzeciej polskich wojsk lądowych na ich terytorium.[28] Można przyjąć za pewnik, iż niezależnie od polskich preferencji strategicznych, w ramach NATO będą formułowane wobec Polski pewne oczekiwania.

Teoretycznie rzecz biorąc Polska mogłaby je odrzucić, jednak taki krok osłabiłby ogólny poziom odstraszania i obrony na wschodniej flance NATO, choćby jako czynnik zniechęcający inne kraje do zaangażowania w realizację tej misji, a to nie leży w polskim interesie. Co ważniejsze jednak, nie branie pod uwagę bezpieczeństwa militarnego sojuszników nie pomagałoby z pewnością w zabiegach o kontynuację amerykańskich czy natowskich działań na rzecz wzmacniania bezpieczeństwa Polski.

 

Dostosowanie do wymogów współczesnego pola walki   

 

            Kolejne konflikty zbrojne, a także liczne manewry i testy, wskazują na istotne zmiany zachodzące na współczesnym polu walki. Generalnie jednak mamy do czynienia nie tyle z nowym zjawiskiem w zakresie sztuki wojennej, co przyspieszeniem procesu, który rozpoczął się już w latach 70. ubiegłego wieku, i który z czasem nazwano Rewolucją w Sprawach Wojskowych (RMA). Rdzeń tej koncepcji stanowi ścisłe współdziałanie i synergia trzech elementów: systemów obserwacji i rozpoznania (ISR), systemów łączności i dowodzenia oraz broni precyzyjnej.[29] Celem jest zdolność do wykrywania wszelkich obiektów czy jednostek nieprzyjaciela z coraz większej odległości, na coraz większych przestrzeniach, przetwarzania uzyskanych informacji i ich dystrybucji w jak najkrótszym czasie oraz precyzyjnego rażenia z coraz większego dystansu, i pozostaje on zasadniczo niezmienny. Natomiast na skutek szybkiego rozwoju wielu technologii, zarówno tych wykorzystywanych już od dekad (np. radiolokacja, łączność radiowa, termowizja, technologie informacyjne) jak i tych dopiero wchodzących do użytku w siłach zbrojnych (sztuczna inteligencja, broń hipersoniczna, lasery większej mocy etc.), można je teraz realizować szybciej, skuteczniej i na większych dystansach.

Według przeważającej dziś wizji lądowego pola walki, konieczne będzie operowanie na nim niewielkimi, ale samodzielnymi i łączącymi różne rodzaje broni i różne zdolności jednostkami, walczącymi w rozproszeniu na dużych obszarach, bez ciągłych linii zaopatrzenia, zabezpieczonych flanek oraz możliwości nieskrępowanego wykorzystania komunikacji radiowej.[30] Oprócz rozśrodkowania, konieczne staną się też inne działania ograniczające możliwość wykrycia własnych wojsk, takie jak zwalczanie środków rozpoznania przeciwnika, walka elektroniczna, manewr, maskowanie, mylenie (pozoracja), ograniczenie komunikacji radiowej i szereg innych działań minimalizujących sygnaturę w rożnych spektrach etc. Ponadto, według wielu analiz, potrzebne będzie również zwiększenie aktywnej i pasywnej ochrony własnych wojsk, w tym pojazdów bojowych.[31] Wielkim wyzwaniem będzie też ochrona i obrona baz, w tym zwłaszcza baz lotniczych, oraz systemu zaopatrzenia wojsk.

Powyższe trendy mają zasadnicze znaczenie dla sił zbrojnych RP. Przede wszystkim ze względu na charakter militarnego zagrożenie za strony Rosji. Wprowadzenie w życie własnej wersji RMA, zwłaszcza w postaci stale doskonalonych kompleksów rozpoznawczo-uderzeniowych i rozpoznawczo-ogniowych, stanowi jeden z najważniejszych priorytetów rozwoju rosyjskich sił zbrojnych, co przekłada się na wyraźny wzrost ich wartości bojowej. Bez unowocześnienia polskiej armii trudno oczekiwać, że zdoła się ona oprzeć rosyjskim natarciom w bardzo intensywnych starciach toczonych już od samego początku wojny.

Drugim powodem przemawiającym za dostosowaniem polskich sił zbrojnych do wymogów nowoczesnego pola walki jest fakt, że zamierza ona walczyć u boku amerykańskich sił zbrojnych, które należą do liderów lub wręcz pionierów powyższych zmian. Ścisłe współdziałanie z wojskami USA w ewentualnej operacji obronnej powinno być traktowane jako scenariusz podstawowy, choć oczywiście nie jedyny.

Niestety dotychczasowy przebieg tego procesu w Siłach Zbrojnych RP jest zdecydowanie zbyt wolny i ograniczony, praktycznie zresztą we wszystkich jego ważniejszych wymiarach.[32] Dlatego też konieczne jest jego wyraźne przyspieszenie, nawet za cenę rezygnacji lub opóźnienia innych planów.

 

Polityczny wymiar bezpieczeństwa militarnego Polski

 

Stopień militarnego zagrożenia Polski zależy nie od polskich, natowskich czy amerykańskich wysiłków wojskowych wzmacniających wschodnią flankę NATO, ale również, i to może w jeszcze większym stopniu, od ogólnego międzynarodowego i być może również po części wewnętrznego kontekstu, jaki wpływa na kalkulacje Moskwy. Można przyjąć, że najważniejszym źródłem obecnego konfliktu na linii Rosja-Zachód jest strategiczna konkurencja pomiędzy nimi na obszarze zachodniej i południowej części obszaru poradzieckiego, z kluczową rolą odgrywaną przez Ukrainę. Jeśli wierzyć rosyjskim politykom i ekspertom, nie tylko tym otwarcie prokremlowskim, dla Rosji nie ma większego geopolitycznego koszmaru niż natowskie wojska i rakiety ulokowane na wschodniej Ukrainie, mniej niż 500 km od Moskwy.

Wydaje się, że realnie rzecz biorąc do korzystnego z punktu widzenia Polski zakończenia trwającego od 2014 r. stanu napięcia wiodą dwie główne ścieżki, choć możliwe są też scenariusze pośrednie. Pierwszą jest czekanie, aż problemy wewnętrzne Rosji bądź zmiany władzy umożliwią pozytywne przeobrażenia w rosyjskim sąsiedztwie i w relacjach Moskwy ze światem zachodnim. Drugą drogę stanowi jakaś forma porozumienia Zachodu z Rosją.

Pierwszy scenariusz potencjalnie oferuje największe korzyści, gdyż nie musiałyby być one kompensowane żadnymi ustępstwami na rzecz Rosji. Można mieć jednak wątpliwości co do jego prawdopodobieństwa w stosunkowo nieodległej przyszłości. Rosja wprawdzie boryka się z licznymi problemami, jednak jej siłę należy też oceniać w relacji zarówno do takich państw jak Ukraina czy Białoruś, jak i do Zachodu. W pierwszym przypadku raczej trudno oczekiwać, że układ sił zmieni się istotnie na niekorzyść Moskwy. Znacznie bardziej prawdopodobny, niezależnie od wszelkich różnic dzielących sytuacje wewnętrzne na Białorusi czy Ukrainie, jest scenariusz odwrotny. Jeśli chodzi o Zachód, to patrząc na podstawowe wskaźniki dotyczące m. in. tempa wzrostu gospodarczego, dzietności, długu publicznego czy wydatków wojskowych, trudno uznać, że Rosja jest bardziej schyłkowym aktorem niż wiele państw europejskich. Co ważniejsze, w rosyjskiej percepcji Zachód jawi się jako pogrążony w licznych kryzysach i w skali globalnej relatywnie coraz słabszy i niekoniecznie jest to diagnoza jedynie na użytek zewnętrzny.

Jeśli chodzi o wewnętrzną sytuację polityczną, to reżym W. Putina stoi w obliczu narastającego niezadowolenia społecznego, które zresztą znajduje coraz częściej wyraz w ulicznych protestach. Nie musi to jednak oznaczać, iż kres obecnych rządów autorytarnych jest już sprawą kilku czy najdalej kilkunastu lat. Doświadczenia innych państw pokazują, że w oparciu o represje można rządzić długo. Po za tym to, czy ewentualne nowe władze Rosji, nawet posiadające w pełni demokratyczny mandat, byłyby bardziej ugodowe w kwestiach najbardziej dzielących to państwo i Zachód, również mówiąc ostrożnie jest sprawą otwartą.

Alternatywną ścieżkę stanowi potencjalne porozumienie Zachodu z Rosją, dotyczące państw leżących w strefie pomiędzy tą ostatnią a wschodnimi granicami UE i NATO. Perspektywa jego zawarcia wydaje się dziś odległa, jednak w przyszłości nie można go wykluczyć. Nie tyle nawet ze względu na dość liczne postulaty i propozycje takiego kompromisu,[33] ale przede wszystkimi z uwagi na fakt, że w pewnym momencie obie strony mogą dojść do wniosku, że jest to dla nich korzystniejsze rozwiązanie niż stan obecny.

Dla Polski możliwość zawarcia takiego układu wiąże się zarówno z istotnym ryzykiem, jak i pewnymi potencjalnymi korzyściami. Ryzyko dotyczy przede wszystkim tego, że mógłby on zawierać postanowienia niekorzystne z punktu widzenia państw Europy Wschodniej, sankcjonujące w mniejszym lub większym stopniu ich podporządkowanie interesom Rosji. Potencjalną korzyścią byłoby natomiast obniżenie obecnego stanu geopolitycznego napięcia, a przez to również ryzyka użycia siły zbrojnej. Z teorii odstraszania wiadomo, że jego skuteczność zależy nie tylko od wiarygodności militarnych zdolności strony odstraszającej, ale również od poziomu determinacji państwa odstraszanego do podważenia istniejącego status quo.[34] Co więcej, prawdopodobnym warunkiem zawarcia takiego porozumienia postawionym Moskwie mogłoby być wstrzymanie przez nią działań destabilizacyjnych, w tym zwłaszcza wobec Ukrainy, co również dla Polski, jako jej sąsiada i partnera, byłoby korzystne.

Z drugiej strony można założyć, że dla Moskwy warunkami sine qua non takiego porozumienia byłoby de facto (raczej nie de iure) uznanie przez Zachód aneksji Krymu oraz zakończenie dalszego rozszerzania NATO na wschód. Akceptacja ich oznaczałoby odejście niewątpliwie od ważnych z punktu widzenia zachodnich wartości i międzynarodowego porządku zasad. Z drugiej jednak strony stanowiłoby to usankcjonowanie stanu obecnego, który przynajmniej w realnej perspektywie czasowej ma zupełnie minimalne szanse na zmianę. Rosja ze względów historycznych, prestiżowych i strategicznych nie zrezygnuje z Krymu, zaś sprawa przyjęcia do NATO Ukrainy czy Gruzji jest dziś głęboko zamrożona, o ile nie całkiem martwa. Z jednej strony mocarstwa zachodnie nie mają ani zdolności militarnych, ani dostatecznej woli politycznej, by walczyć z Rosją w obronie tych państw, z drugiej zaś Rosja jednoznacznie pokazała w 2008 i 2014 r., że samo przybliżenie się perspektywy integracji tych państw z Zachodem stanowi dla niej powód do wojny prewencyjnej.[35]

Z punktu widzenia Warszawy najlepszym rozwiązaniem jest obecnie przyjęcie postawy wyczekującej. Perspektywa zawarcia wspomnianego porozumienia jest raczej dość odległa. Jeśli jednak stałoby się ono przedmiotem rzeczywistych negocjacji pomiędzy głównymi zachodnimi graczami a Rosją, to celem polskiej polityki zagranicznej powinno być dążenie, aby mieć wpływ na ich wynik. Błędem byłoby odrzucanie tej idei już na starcie.

Jest ona niewątpliwie sprzeczna z popularną w Polsce wizją przemian na wschodzie, w której Ukraina i Gruzja, a być może kiedyś w przyszłości i Białoruś, stają się członkami NATO, ale wizja ta może być jedynie zrealizowana w warunkach albo całkowitej przemiany Rosji, albo jej strategicznej kapitulacji. Żadna z tych ewentualności nie wydaje się rysować na horyzoncie, nawet bardzo odległym. Dlatego tez lepszą alternatywą dla bardzo odległego członkostwa w NATO wydaje się pomoc wojskowa dla Ukrainy, w celu wzmocnienia jej potencjału obronnego, z jednoczesnym ograniczeniem motywów Rosji do działania przeciwko niej.

 

Podsumowanie

 

Bezpieczeństwo militarne Polski można rozpatrywać jako dynamiczny układ składający się z trzech elementów: rosyjskiego zagrożenia, polskiego potencjału obronnego oraz stanu sojuszy. Jednak przy szerszym spojrzeniu można dostrzec cały szereg czynników – od politycznych, ekonomicznych, społecznych i demograficznych zmian zachodzących wewnątrz państw po cale spektrum procesów, zjawisk i zagrożeń transnarodowych, które mają wpływ na każdy z powyższych elementów, a także na inne niż militarny wymiary bezpieczeństwa Polski. Dlatego też bardzo ważnym jest, aby zagrożenie ze strony Rosji, w pełni doceniając jego znaczenie, rozpatrywać również w kontekście innych zasadniczych wyzwań stojących przed polskim państwem i społeczeństwem.

W obszarze obronności najważniejszym aktualnym wyzwaniem jest przygotowanie polskich sił zbrojnych i całego systemu obronnego państwa na zaskakujące działania militarne ze strony Rosji o najwyżej średniej skali. Kluczowym zadaniem jest przede wszystkim niedopuszczenie, tak w odniesieniu do Polski jak i całej wschodniej flanki NATO, do ustanowienia przez Rosję przy pomocy militarnej siły faktów dokonanych, które mogłaby później wykorzystać w grze politycznej. Jednocześnie konieczne jest systematyczne ogólne wzmacnianie narodowego potencjału odstraszania i obrony, w tym poszerzanie jego zdolności do autonomicznego działania.

 

[1] World Economic Outlook Database, October 2020,

https://www.imf.org/en/Publications/WEO/weo-database/2020/October/weo-report?c=964,922,&s=NGDPD,PPPGDP,LP,&sy=2018&ey=2025&ssm=0&scsm=1&scc=0&ssd=1&ssc=0&sic=0&sort=country&ds=.&br=1

https://www.rug.nl/ggdc/historicaldevelopment/maddison/releases/maddison-project-database-2010

[3] Można też wskazać inne przykłady, w których strona teoretycznie silniejsza przegrywała bądź nie była w stanie wygrać. W wojnie Jom Kippur, Egipt i Syria miały łącznie nad Izraelem ponad dwukrotną przewagę w wielkości gospodarki i przeszło 13-krotną w liczbie ludności.

[4] M. Kofman, Russian defense spending is much larger, and more sustainable than it seems, “Defense News”, May 3, 2019

[5] D. Barrie et al., European defence policy in an era of renewed great-power competition, International Institute for Strategic Studies, London, February 2020, s. 4-5. Zob. też R. Connolly, Russian Military Expenditure in Comparative Perspective: A Purchasing Power Parity Estimate, CNA, Washington D.C., October 2019, s. 15, 22

[6] G. Persson (red.), Russian military capabilities in a ten-year perspective – 2016, Swedish Defence Research Agency (FOI), Stockholm 2016, s. 192-193

[7] J.J. Mearsheimer, Assessing the conventional balance: the 3:1 rule and its critics, “International Security”, Vol. 13, No. 4 (Spring, 1989), pp. 54-89

[8] K. Mazitans, Russian armed forces’ military reforms and capability development (2008-2012), “Baltic Security & Defence Review”, Vol 16, Issue 1, 2014s. 5

[9] Strategia taka mogłaby zresztą powstać z udziałem specjalistów zagranicznych, posiadających kompetencje, których w kraju brakowało. Sprawami obronności Polski interesowali się od samego początku lat 90. eksperci RAND Corporation,  którzy zresztą przedstawili w 1994 r. ciekawą analizę dotyczącą czterech możliwych wariantów obrony Polski przed agresją ze strony Rosji. C.T. Kelley Jr., D.B. Fox, B.A. Wilson, A first look at options for Poland, (w:) P.K. Davis (red.) New challenges for defense planning: rethinking how much is enough, RAND Corporation, Santa Monica 1994; Zob. też m. in. T.S. Szayna, The military in the Post-Communist Poland, RAND Corporation, Santa Monica 1991, Kansas 1991

[10] S.E. Johnson, Force planning challenges for NATO’s new members, (w:) R.K. Huber, H.W. Hofmann (red.) Defense analysis for the 21st century: issues, approaches, models, Nomos Verlagsgesellschaft, Baden-Baden 1999, s. 98

[11] R. Kupiecki, NATO w polskiej perspektywie 1989-2019, Polski Instytut Spraw Międzynarodowych, Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Warszawa 2019, s. 180; R. Sikorski, Anticipating Putin’s next war, “Washington Post”, July 17, 2018

[12] J. Onyszkiewicz, O. Osica, W stronę Nowego NATO, Centrum Stosunków Międzynarodowych, Warszawa 2002, s. 14

[13] Wizja Sił Zbrojnych RP, Ministerstwo Obrony Narodowej, Warszawa, maj 2008

[14] Na ten aspekt zwrócił uwagę w kontekście państw bałtyckich znany australijski strateg Hugh White, H. White, Deterring Russia, “The Strategist”, Australian Strategic Policy Institute, 26 Jun 2018. W USA już pojawiają się głosy, że nie powinny one zbyt zdecydowanie reagować na zajęcie paru bezludnych wysepek przez Chiny, czy jak coś się wydarzy z udziałem Rosji w państwach bałtyckich, gdyż to grozi wybuchem konfliktu na dużą skalę. M. O’Hanlon, Russia, China, and the risks of war: my conversation with General Milley, “National Interest”, December 23, 2020

[15] Ta właśnie możliwość szybkiego przejścia od stanu pokoju do działań wojennych budzi duże obawy w państwach skandynawskich i bałtyckich. Russia of power, Finnish Ministry of Defence, Helsinki, 2020, s. 75; National Threat Assessment 2020, Second Investigation Department under the Ministry of National Defence, State Security Department of the Republic of Lithuania, Vilnius 2020, s. 9, 20; J. Pyykönen, S. Forss, Deterrence in the Nordic-Baltic region: the role of the Nordic countries together with the U.S. Army, Strategic Studies Institute, U.S. Army War College Press, Carlisle, June 2019, s. 18-19.

[16] I. Sutyagin, House of Commons Defence Committee, Russia: Implications for UK defence and security. First Report of Session 2016–17, House of Commons, 28 June 2016, s. 13 G. Persson, (red.), Russian military capability in a ten-year per­spective―2016, Swedish Defence Research Agency (FOI), Stockholm 2016, s. 56; R.D. Hooker, Jr. How to defend the Baltic states, The Jamestown Foundation, Washington DC., October 2019, s. 4; J.W. Nicholson, NATO’s Land Forces Strength and Speed Matter, PRISM, Vol 6, No. 2 (2016), s. 35.

[17] J. Pyykönen, S. Forss, Deterrence in the Nordic-Baltic region: the role of the Nordic countries together with the U.S. Army, Strategic Studies Institute, U.S. Army War College Press, Carlisle, June 2019, s. 52

[18] Z. Śliwa, Baltic security net assessment, introduction (w:) P.A. Petersen, N. Myers (eds.), Baltic security net assessment, Baltic Defence College, Potomac Foundation, Tartu, January 2018, s. ii

[19] Ta współpraca w obliczu wspólnego zagrożenia jest w pełni zasadna i potrzebna, co dobrze ilustruje fakt, iż na przykład niedopuszczenie do zbrojnego opanowania przez Rosję Svalbardu, Gotlandii i paru innych strategicznie położonych wysp na Bałtyku czy przesmyku suwalskiego ma znaczenie dla obrony co najmniej kilku państw regionu. Uważa się również, że współpraca z Finlandią i Szwecją byłaby konieczna w przypadku obrony przez NATO państw bałtyckich.

[20] E. Hagström Frisell (red.), R. Dalsjö, J. Gustafsson, J. Rydqvist, Deterrence by Reinforcement, The strengths and weaknesses of NATO’s evolving defence strategy, Swedish Defence Research Agency (FOI), Stockholm, November 2019.

[21] Zob. m. in. B. Hodges, T. Lawrence, R. Wojcik, Until something moves: reinforcing the Baltic region in crisis and war, Center for European Policy Analysis and International Center for Defence and Security, Tallinn, April 2020; C.M. Scaparrotti, C.B. Bell, Moving out: a comprehensive assessment of European military mobility, Atlantic Council Washington D.C., April 2020.

[22] National Security Strategy of the United States of America, White House, Washington D.C., December 2017, s. 28. NDS jest dokumentem tajnym, jednak opublikowane zostało jedynie jego streszczenie. U.S. Department of Defense, Sharpening the American military’s competitive edge. The summary of the 2018 National Defense Strategy of the United States of America, Washington D.C.

[23] E.A. Colby, Testimony before the Senate Armed Services Committee. Hearing on implementation of the National Defense Strategy, Director of the Defense Program, Center for a New American Security, January 29, 2019.

 

Autor: Tomasz Paszewski

 

 

 

Zadanie jest finansowane ze środków otrzymanych z Narodowego Instytutu Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego w ramach Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018-2030 PROO