Od ustanowionych w 1944 roku porozumień w Bretton Woods część, a po upadku ZSRR i zakończeniu rundy urugwajskiej GATT dokładnie pół stulecia później, niemal cała globalna gospodarka funkcjonowała w ramach praktycznie nieograniczonej wolności przepływów strategicznych – a więc wolnego przepływu dóbr, kapitału, ludzi, czy danych. Aby przybliżyć nieco ten abstrakcyjny z pozoru termin, dodajmy, że przepływy dokonują się określonymi ścieżkami: przepływy dóbr szlakami handlowymi; przepływy kapitału najczęściej przy pomocy globalnej waluty rezerwowej – dolara, lub też instytucji czy systemów bankowych, takich jak SWIFT i CHIPS; przepływy danych – za pomocą kabli internetowych oplatających lądy i dna oceanów. Wszystkie z nich, pozornie, są wolne i dostępne dla wszystkich niemal uczestników globalnej wymiany handlowej. Pozornie, bo siłą utrzymującą do pewnego, niedalekiego zresztą momentu w przeszłości były Stany Zjednoczone – emitent dolara (który jest „smarem” globalnej maszyny gospodarczej) kontrolujący również de facto (jak w przypadku SWIFT), lub de iure (jak w przypadku systemu CHIPS) międzynarodowy system transakcji bankowych. Stany Zjednoczone kontrolują także – już w sposób znacznie bardziej namacalny – morskie szlaki handlowe (którymi, dodajmy, odbywa się ponad 90% całkowitego wolumenu wymiany gospodarczej); tu na straży wolności przepływów strategicznych – oraz co niezwykle ważne, interesów Stanów Zjednoczonych – stoi potęga marynarki wojennej USA, symbolizowana przez jedenaście super-lotniskowców. Podkreślenie, że wolność przepływów strategicznych współgrała z wizją świata bliską Ameryce i odpowiednio obsługującej jej interesy jest niezwykle ważne – podobnie, jak ważne jest to, że powinno się o fakcie tym mówić już w czasie przeszłym. W pewnym bowiem momencie Stany Zjednoczone doszły do wniosku, że porządek międzynarodowy który same stworzyły, w obecnym kształcie nie obsługuje już należycie ich interesów. I chociaż już na przełomie lat 70 i 80, wraz z rozszerzeniem Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, oraz wzrostem gospodarczym Japonii rozpoczęła się relatywna erozja pozycji zajmowanej przez gospodarkę Stanów Zjednoczonych, to wzrost tych podmiotów nie był uznawany za zagrożenie egzystencjalne; oczywiście, Waszyngton w swoim czasie „spacyfikował” Tokio porozumieniami Plaza, nie w smak były mu pewnie również zapowiedzi rywalizacji pomiędzy USA i UE, jakie swego czasu wygłaszał na przykład Jacques Delors – ale system trwał. Pod auspicjami Stanów Zjednoczonych, czy tez utworzonej właśnie na mocy rundy urugwajskiej GATT Światowej Organizacji Handlu, i na mocy kolejnych umów handlowych globalna gospodarka zmierzała w stronę dalszego ograniczania barier handlowych. Przynajmniej w powszechnie uznawanej narracji, kapitał przestał mieć narodowość. O tym, czy było tak rzeczywiście można rzecz jasna dyskutować, bo państwa dysponujące odpowiednią siłą i zasobami nie zapominały raczej, że to, co dobre dla General Motors jest też dobre dla kraju. Trudno jednak zaprzeczyć, że rzeczywiście ostatnie trzy dekady wyróżniały się daleko idącą liberalizacją i sukcesywnym likwidowaniem ograniczeń handlowych.   Chiny dołączyły do tego systemu stopniowo, zapraszane przez USA, początkowo w celach stricte geopolitycznych, a następnie jako partner biznesowy – zarówno chłonny rynek zbytu, jak i „fabryka świata” – gospodarcze zaplecze dla amerykańskiej i globalnej produkcji przemysłowej. Warto tu przypomnieć kilka jedynie dat granicznych, znaczących kolejne etapy uczestnictwa Chin w światowej gospodarce; jedną z nich jest z pewnością rok 1972, rok wizyty Richarda Nixona i Henry’ego Kissingera w Chinach; w ramach ciekawostki dodajmy, że udział Chin w globalnym PKB wynosił mniej niż 2%. 29 lat później, w roku 2001 Chiny dołączyły do Światowej Organizacji Handlu; w roku 2010 gospodarka Państwa Środka prześcignęła gospodarkę Japonii, tym samym stając się drugą największą na świecie. Wreszcie w roku 2013, gospodarka Chin prześcignęła pod względem siły nabywczej gospodarkę amerykańską. W międzyczasie gospodarka Państwa Środka rosła średnio o 10% rocznie; Pekin przeprowadził też najszybszą urbanizację w historii, w wyniku której kilkaset milionów Chińczyków przeniosła się ze wsi do miast.  Same te dane pokazują, jak bardzo Państwo Środka zyskało na dołączeniu do systemu wolnych przepływów strategicznych – jednak Chiny, w przeciwieństwie do reszty świata nie zgodziły się na pełne zaakceptowanie reguł gry ustalonych przez USA, przede wszystkim ściśle kontrolując stopień penetracji własnego rynku przez obcy kapitał. I to właśnie wzrost potęgi Chin, w połączeniu z rosnącym zubożeniem i wykluczeniem gospodarczym amerykańskiej klasy średniej – częściowo przez ów wzrost spowodowanym – znacznie przyczynił się do wyboru Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych w roku 2016.   Trudno jest jednoznacznie określić, kiedy świat wolnych przepływów strategicznych przestał istnieć, być może dlatego, że jak tłumaczył poeta, koniec świata nie zawsze odbywa się przy akompaniamencie znaków i archanielskich trąb. Amerykański geopolityk George Friedman jest zdania, że koniec świata utworzonego jeszcze w Bretton Woods nastąpił 12 lat temu, w 2008 roku, wraz z początkiem kryzysu ekonomicznego w USA w Stanach Zjednoczonych, który „rozlał się” następnie na Europę, Azję i resztę świata. Kryzysu, w którego zażegnaniu kluczową rolę odegrało zarówno luzowanie ilościowe (a więc zwiększenie podaży pieniądza), jak i utrzymywanie przez Bank Rezerwy Federalnej niskich stóp procentowych, co doprowadziło z jednej strony do najdłuższego okresu nieprzerwanego wzrostu gospodarczego w Stanach, ale także do rosnącego rozwarstwienia, i w gruncie rzeczy zubożenia klasy średniej w USA – do tego stopnia, że według badań z roku 2016 ponad 60% Amerykanów nie byłaby w stanie pokryć z oszczędności nieprzewidzianego wydatku w wysokości 600 dolarów. Dług publiczny w USA wynosi obecnie 27 bilionów dolarów; według uaktualnionych w drugiej połowie bieżącego roku szacunków Kongresowego Biura Budżetowego, w 2030 roku całkowity dług publiczny USA sięgnie 40 bilionów, przy czym są to bardzo optymistyczne założenia, bo część ekonomistów spodziewa się, że w na koniec trzeciej dekady XXI wieku dług Stanów Zjednoczonych wyniesie ponad 50 bilionów dolarów – i to zakładając, że USA nie przydarzy się kolejna pandemia, wojna, czy recesja.   Jeżeli jednak szukać gromów i błyskawic, zwiastujących koniec „końca historii”, porozumień GATT i Bretton Woods i koniec świata wolnych przepływów strategicznych, to za takie uznać można pierwsze salwy w wojny handlowej, które padły po wyborze Donalda Trumpa na 45 prezydenta Stanów Zjednoczonych. mające, według argumentacji Białego Domu zmniejszyć deficyt handlowy z Chinami. To z kolei oznaczało szerokie wykorzystanie ceł i sankcji – będących przecież antytezą wolności strategicznych przepływów. Nie pomogło to, nawiasem mówiąc, poprawić bilansu handlowego USA, który wyniósł w sierpniu 67,1 miliarda dolarów – co było najgorszym rezultatem od 14 lat. Po wojnie handlowej przyszła wojna technologiczna – Stany uderzyły najpierw w producentów elektroniki – Huawei i ZTE a wreszcie, w ostatnich tygodniach także w inne podmioty funkcjonujące w chińskim sektorze wysokich technologii. – W maju 2019 roku na Huawei nałożone zostały pierwsze sankcje; niemal dokładnie rok później, w maju 2020 zostały one rozszerzone i „doszczelnione”, w wyniku czego nie tylko amerykańskie, ale wszystkie firmy oferujące sprzęt wyprodukowany przy pomocy amerykańskiej technologii (maszyn lub nawet własności intelektualnej) zostały zmuszone do każdorazowego wnioskowania o licencję na sprzedaż swych towarów chińskiej firmie. – Następnie Stany Zjednoczone rozpoczęły kampanię nacisków na szereg państw, starając się wymusić wykluczenie Huawei z budowy infrastruktury sieci 5G, najczęściej za pomocą regulacji; sytuacja taka miała miejsce między innymi w Wielkiej Brytanii, Australii czy Kanadzie. W wyniku owych nacisków, operatorzy sieci komórkowych, a więc przedsiębiorstwa niemal zawsze prywatne, zostały zmuszone do wyboru sprzętu nie na podstawie jego ceny czy parametrów, ale oceny wiarygodności dokonywanej przez władze centralne. – W październiku roku bieżącego podobny los spotkał także SMIC – producenta układów scalonych, który choć cieszący się mniejszą rozpoznawalnością niż Huawei pełni być może równie istotną rolę w chińskiej ekspansji technologicznej.   Potem zaś pandemia COVID, jak „błyskawica rozświetlająca na moment pole bitwy” ujawniła kruchość i wrażliwość globalnych łańcuchów dostaw rozsianych po świecie (i coraz częściej ulokowanych w Azji), zgodnie z zasadą przewag komparatywnych – zasady alokacji kapitału niemal równie wszechobecnej w zglobalizowanym świecie jednobiegunowej chwili, co prawo grawitacji. W błyskawicznym tempie, i w sposób widoczny gołym okiem do przeszłości zaczął odchodzić świat wolnych przepływów strategicznych, zglobalizowanej gospodarki, i międzynarodowych korporacji alokujących kapitał na zasadzie przewag komparatywnych – a więc gier nie o sumie zerowej (w której zysk jednej strony zawsze odbywa się kosztem drugiej), ale pozwalających na czerpanie obopólnych zysków. Wraz z tym spodziewać się należy powrotu „narodowych czempionów”, protekcjonizmu, czy też wreszcie, jak spodziewa się wielu, wyłonienia się oddzielnych bloków ekonomicznych, na podobieństwo tych znanych z Zimnej Wojny. Innymi słowy – wraca geoekonomia. W praktyce znaczy to, że w kontraście do świata globalizacji, ekonomia i maksymalizacja zysków, również w wydaniu prywatnych korporacji – których działania definiowały w znacznym stopniu proces globalizacji – będzie ustępować interesom politycznym i strategicznym państw. I to właśnie państwa będą miały znacznie więcej niż wcześniej do powiedzenia w zakresie polityki gospodarczej. Innymi słowy, po raz drugi na przestrzeni nieco ponad stulecia państwa odkrywają, że współzależność gospodarcza, chociaż prowadząca niezaprzeczalnie do lepszej alokacji kapitału, a tym samym do zwiększenia zamożności, jest również źródłem niebezpieczeństwa i słabości. Oznacza to z kolei, że to nie wyłącznie czysty rachunek ekonomiczny determinować będzie ulokowanie poszczególnych ogniw łańcuchów dostaw, ale polityczna i – nie miejmy złudzeń – ideologiczna ocena „wiarygodności” danego państwa. Najjaskrawszym tego przykładem była produkcja odzieży ochronnej i sprzętu medycznego – i gorączkowe działania państw Zachodu, starających się w naprędce przenieść produkcję „wyoutsourceowaną” wcześniej do Chin z powrotem do Europy. Podobna sytuacja miała również miejsce w przypadku „generyków”, a więc substancji czynnych potrzebnych do tworzenia preparatów farmaceutycznych. Żeby nie być gołosłownym: – Jeszcze w marcu Donald Trump, nakazał firmie General Motors rozpoczęcie produkcji respiratorów. Firma została, de facto, zmuszona do wykonania polecenia Trumpa, który powołał się na Defense Production Act of 1950 – legislację nakładającą na prywatne korporacje obowiązek przyjęcia kontraktów rządowych na produkcję wyposażenia uznanego za niezbędne dla bezpieczeństwa narodowego. Defense Production Act, nawiasem mówiąc, powstał na potrzeby „obsługi” wojny w Korei. – W maju administracja Białego Domu podpisała wart 354 miliony dolarów czteroletni kontrakt na dostawę leków generycznych z firmą Phlow Corp. – W kwietniu rząd Japonii ustanowił fundusz, środki z którego służyć mają subsydiowaniu przenoszenia produkcji z powrotem na terytorium Japonii przez firmy uznane za „strategicznie ważne”. Miesiąc później Tokio zadecydowało o rozszerzeniu listy podmiotów o znaczeniu strategicznym, na której znalazły się między innymi koncerny takie jak Sony, SoftBank czy Toyota. Po zmianach na liście przedsiębiorstw o znaczeniu strategicznym znalazło się 518 (spośród około 3800) spółek notowanych na japońskiej giełdzie, w tym te związane z przemysłem energetycznym czy obronnym. Natomiast kolejnych 1500 notowanych na japońskiej giełdzie przedsiębiorstw obowiązywać będzie ściślejszy nadzór; Tokio zobowiązało je do informowania z wyprzedzeniem o planach zakupu więcej niż 1% akcji (wcześniej należało informować o planach zakupu co najmniej 10% udziałów). – Według informacji Reutersa Kongres USA ma rozważać utworzenie wartego 25 miliardów dolarów reshoring fund, który miałby zachęcić amerykańskie firmy do „drastycznego zredefiniowania” więzi łączących je z Chinami. Cel owych działań zwięźle określił Donald Trump, mówiąc, że jest nim „produkowanie wszystkiego, czego potrzebujemy, w Ameryce i wyeksportowanie reszty”. – W październiku bieżącego roku – na przestrzeni dwóch dni – Stany Zjednoczone zaznaczyly, że zamierzają skrócić (near shore) lub relokować z powrotem do kraju (reshore) łańcuchy dostaw metali ziem rzadkich i mikroprocesorów. W przypadku pierwiastków ziem rzadkich (ang. rare earth elements, REE) stało się tak za sprawą rozporządzenia wykonawczego podpisanego przez Donalda Trumpa, które stwierdza inter alia, że „zależność od Chin [w kwestii metali ziem rzadkich], z których Stany importują obecnie 80% wykorzystywanych przez siebie metali ziem rzadkich, jest szczególnie niepokojąca”. W dalszej części dokument rekomenduje „zwiększenie produkcji krajowej REE oraz utworzenie bezpiecznych łańcuchów dostaw krytycznie ważnych pierwiastków”, które mają być niezależne od „zagranicznych przeciwników”. Akt wykonawczy 45. prezydenta USA zakłada wreszcie przyznanie grantów i subsydiów dla przemysły wydobywczego REE. Dzień przed podpisaniem przez Trumpa wspomnianego wyżej rozporządzenia Departament Obrony USA poinformował, że prowadzone są prace nad sformułowaniem „strategii mikroelektroniki” (microelectronics strategy). Jej celem jest rzecz jasna odwrócenie dominującego od 20 lat trendu przenoszenia produkcji mikroprocesorów do Azji; dane statystyczne wskazują, że 75% produkcji i 98% pakowania mikroprocesorów odbywa się w Azji; w USA ulokowane jest jedynie 12% globalnej produkcji mikroelektroniki. Podobnie, jak w przypadku REE, efekt ów Waszyngton zamierza osiągnąć dzięki mieszance subsydiów i nacisków politycznych; proces ten zresztą rozpoczął się już wcześniej. W czerwcu rząd Stanów Zjednoczonych podpisał umowę z tajwańskim producentem mikroprocesorów Taiwan Semiconductor Manufacturing Corporation (TSMC) w myśl której TSMC wybuduje fabrykę mikroprocesorów w Arizonie przy wsparciu finansowym Waszyngtonu. TSMC jest jednym z dostawców elektroniki dla amerykańskich sił zbrojnych, wyposażenie produkowane przez tę firmę znaleźć można między innymi na pokładach samolotów F-35. W podobny sposób – subsydiami – Stany starają się również „pobudzić” przemysł krajowy; tu za przykład posłużyć może subsydiowanie amerykańskiego producenta układów scalonych,  Intel Corporation. W lipcu Izba Reprezentantów Kongresu USA zadecydowała o nowelizacji budżetu Departamentu Obrony, umieszczając w nim fundusze przeznaczone na wspieranie „krajowego przemysłu produkcji mikroprocesorów”.   W podobny zresztą sposób na podjętą przez Waszyngton próbę zduszenia chińskiego sektora mikroprocesorów zareagowały Chiny. W maju chiński producent układów scalonych SMIC (Semiconductor Manufacturing International Corporation), został dokapitalizowany kwotą 2,25 miliarda dolarów przez państwowe fundusze inwestycyjne Państwa Środka. Tymczasem opublikowany we wrześniu na łamach Global Times artykuł przewiduje, że Chiny „czeka długi marsz”, u którego kresu jest pełna autarkia w zakresie projektowania i produkcji mikroprocesorów; autor tekstu jest zdania, że „amerykańska kontrola nad przemysłem wysokich technologii stanowi fundamentalne zagrożenie” dla Państwa Środka. – Jeszcze w kwietniu Niemcy oznajmiły, że planują zrewidować swe nastawienie do kształtu łańcuchów dostaw, w szczególności produktów farmaceutycznych, i przenieść je „bliżej domu”. Również Unia Europejska, wraz z coraz silniejszymi tendencjami federalistycznymi – których kulminacją był moment hamiltonowski, związany z decyzja o emisji wspólnego długu wszystkich państw strefy Euro – ewidentnie dążąca do osiągnięcia statusu „trzeciego bieguna” w nadchodzącym multipolarnym świecie już teraz zaczyna dbać o samodzielność strategiczną. Opublikowana przez Komisję Europejską w marcu „Nowa Strategia Przemysłowa dla Europy” (A New Industrial Strategy for Europe) stwierdza, że „autonomia strategiczna Europy polega na ograniczeniu zależności od innych w sprawach najważniejszych: dostępu do technologii i produktów o znaczeniu strategicznym, żywności, infrastruktury, bezpieczeństwa etc. (…) UE będzie również wspierać rozwój strategicznych technologii o kluczowym znaczeniu dla rozwoju przemysłowego Unii. Będzie to robotyka, mikroelektronika, komputery o dużej mocy obliczeniowej, rozwój cloud-computingu, technologie kwantowe, biotechnologia, farmaceutyki (…).”. Można odnieść wrażenie – i nie byłaby to konstatacja błędna – że działania zarówno Stanów Zjednoczonych, Unii Europejskiej czy też Australii wymierzone są w Chiny. Warto jednak pamiętać o marcowej próbie „podkupienia” niemieckiego producenta szczepionek, firmy CureVac, przez Stany Zjednoczone, podobnie, jak warto pamiętać o wielokrotnie powtarzanych przez przedstawicieli amerykańskiego establiszmentu ( np. przez prokuratora generalnego Williama Barra) propozycjach odkupienia Ericssona i Nokii, a więc firm produkujących osprzęt wykorzystywany w tworzeniu sieci 5G. Do tego dochodzą jeszcze kwestie takie jak spór pomiędzy Brukselą i Waszyngtonem dotyczący Boeinga i Airbusa (obie strony skarżą się wzajemnie w WTO o stosowanie nielegalnej pomocy publicznej), czy też podatek cyfrowy, którym część europejskich państw (szczególnie Francja i Holandia) chętnie obłożyłaby amerykańskie korporacje.   Rzecz jasna, pełen reshoring nie jest wykonalny, stąd też inicjatywy polegające na przeniesieniu produkcji do państw znajdujących się bliżej – zarówno pod względem geograficznym, jak i ideologicznym. Bliskość geograficzna jest uzasadniona chociażby w przypadku łańcuchów dostaw żywności, kruchość których doskonale uwidoczniła pandemia COVID-19 – jednak biorąc pod uwagę zapowiedzi Donalda Trumpa, który sugerował parokrotnie, że państwa powinny płacić Stanom Zjednoczonym za ochronę szlaków morskich, w niedalekiej przyszłości okazać się może, że nie tylko łańcuchy dostaw żywności są narażone na zakłócenia. Bliskość ideologiczna, bądź też ocena ryzyka zagrożenia strategicznego potencjalnych partnerów biznesowych sprawia natomiast, że jedynie określone państwa „kwalifikują” się jako destynacja dla „near-shoringu”. Stąd też zapowiedziane przez administrację Białego Domu inicjatywy takie jak Economic Prosperity Network (EPN), czy Western Hemisphere Strategy Framework. Przedstawiona przez Waszyngton w maju. – EPN miałoby być sojuszem „zaufanych partnerów” Stanów Zjednoczonych (państw, organizacji pozarządowych, prywatnych przedsiębiorstw), działających w ramach zunifikowanych standardów w zakresie technologii cyfrowych, energii, infrastruktury, programów badawczych, edukacji czy handlu. Jeżeli wierzyć słowom administracji Donalda Trumpa, celem EPN jest „restrukturyzacja łańcuchów dostaw z dala od Chin tak, aby obecna sytuacja już nigdy się nie powtórzyła”. – Opracowana przez Radę Bezpieczeństwa Narodowego USA Western Hemisphere Strategic Framework została przedstawiona w sierpniu, i adresowana jest – jak sama nazwa wskazuje – głównie do państw i przedsiębiorstw wywodzących się z Ameryki Południowej. Podobnie jak w przypadku EPN nie wydaje się, żeby była ona w pełni ukształtowanym planem „nearshoringu” – jednak zawiera ona w sobie postulaty takie jak „utworzenie wspólnoty regionalnej państw wyznających podobne wartości”, czy też „wspieranie wzrostu gospodarczego poprzez promocję wolnego handlu, przywiązanie do demokracji i rządów prawa”, oraz, last but not least, „powstrzymywanie wpływów szkodliwych aktorów na scenie międzynarodowej” – w domyśle Chin. Zanim aparat państwowy zdoła odpowiednio zdefiniować sektory o znaczeniu prawdziwie strategicznym czeka nas okres, w którym „światło i ciemność” nie zostaną odpowiednio oddzielone. Czy półprodukty potrzebne do tworzenia farmaceutyków są dobrem o znaczeniu strategicznym? Czy jest nim bardziej lub mniej zaawansowany sprzęt medyczny? Węglowodory? Układy scalone? Surowce? Metale ziem rzadkich? Żywność? Kilka słów komentarza: po pierwsze, prymat interesów strategicznych nad kalkulacjami biznesowymi sprawia, że – najkrócej mówiąc – znacznie zmniejsza się pula państw, które uznawane są za bezpieczne pod względem lokowania w nich produkcji, inwestowania itp. Innymi słowy, dochodzi do zmniejszenia podaży – to z kolei sprawia, że państwa uznawane za „bezpieczną” destynację uzyskać mogą silniejszą pozycję negocjacyjną. Już teraz mówi się, że wielkim wygranym pandemii jest na przykład Wietnam, do którego swoją produkcję stara się przenieść wiele zachodnich korporacji, uciekających z Chin z powodu zarówno ryzyka politycznego, jak i przed rosnącymi kosztami pracy. W tym kontekście może również zyskać Polska, która już teraz jest jednym z największych partnerów gospodarczych Niemiec, i jednym z najbardziej zaufanych partnerów strategicznych Stanów Zjednoczonych. Warto uświadomić sobie, że powrót geoekonomii może zdecydowanie poprawić pozycję negocjacyjną Warszawy – i z tej szansy skorzystać. Po drugie: wszystko to czyni to środowisko biznesowe niezwykle chaotycznym, zmiennym, i trudnym do zarządzenia przez firmy prywatne. Zmiana rządów, przystąpienie – bądź też nieprzystąpienie – do danej organizacji czy inicjatywy, wybór producenta technologii (jak na przykład Huawei jako dostawcy technologii 5G) może znacząco wpłynąć na pozycję danego państwa vis a vis jednego z mocarstw. – Warto tu przytoczyć słowa Sekretarza Stanu Mike’a Pompeo, który w maju publicznie ostrzegł Canberrę, że dołączenie przez australijski stan Victoria do inicjatywy Pasa i Szlaku może sprawić, że „USA będą zmuszone po prostu <<odłączyć się>> od Australii.” Australia zresztą jest klinicznym wręcz przykładem nacisków, jakim poddawane są państwa znajdujące się w strefie zgniotu. Po tym jak Canberra blisko zsynchronizowała swoje stanowisko względem Chin (poprzez min. krytykę polityki informacyjnej Pekinu dotyczącej pandemii) z tym prezentowanym przez Stany Zjednoczone, Państwo Środka demonstracyjnie ukarało Australię poprzez nałożenie szeregu ceł na produkty z niej pochodzące, w tym na jęczmień, wołowinę, czy też wina. W połowie października Chiny znacząco podbiły stawkę, zaprzestając kupowania pochodzącego z Antypodów węgla i bawełny. – Podobna sytuacja ma również miejsce w Wielkiej Brytanii, która po sierpniowej decyzji o usunięciu sprzętu Huawei z tworzonej w tym kraju sieci 5G (proces ma zostać ukończony do 2027 roku), również stała się ofiarą gróźb Pekinu. Ustami ambasadora Chiny oznajmiły bowiem, że rozważą dalsze uczestnictwo w programach infrastrukturalnych w Wielkiej Brytanii, w tym przy budowie elektrowni atomowych.   To z prowadzi nas do kolejnej konsekwencji powrotu geoekonomii, a mianowicie coraz szerszego wprowadzania przez państwa mechanizmów przesiewowych bezpośrednich inwestycji zagranicznych. O ile w świecie zglobalizowanej wymiany handlowej FDI (foreign direct investment) było witane z otwartymi rękami (niejednokrotnie prywatne firmy podpisywały z rządami państw umowy pozwalające im na pozywanie tych właśnie rządów przed międzynarodowe trybunały), o tyle w świecie prymatu geoekonomii inwestycje zagraniczne postrzegane są z rosnącą nieufnością. – W opublikowanym na początku października bieżącego roku raporcie brytyjskiej komisji obrony narodowej został dostrzeżony fakt, iż Chiny postanowiły wykorzystać uczestnictwo swoich przedsiębiorstw w brytyjskich projektach infrastrukturalnych jako rodzaj lewara. Raport rekomenduje w związku z tym „rozważenie dalszego uczestnictwa chińskich firm w tworzeniu infrastruktury krytycznej”, a także dodanie zapisów w ustawie o Bezpieczeństwie Narodowym i Inwestycjach, pozwalających na zablokowanie przez rząd Jej Królewskiej Mości możliwości inwestycji w projekty infrastrukturalne, jeżeli niosą one za sobą niebezpieczeństwo. – Nad podobnym ustawodawstwem pracuje również rząd w Canberrze. Nowa ustawa ma dać rządowi centralnemu prawo do wetowania porozumień pomiędzy władzami poszczególnych australijskich stanów i państwami trzecimi. Nowe prawo ma mieć zastosowanie do projektów infrastrukturalnych, wymiany handlowej, turystyki, edukacji, współpracy narodowej; mają nim zostać objęte również uniwersytety. Nie ma wątpliwości – czego nie kryją również przedstawiciele australijskiego rządu – że nowa ustawa ma na celu przede wszystkim ograniczenie ekspansji Chin. – Podobne rozważania snują również Niemcy; zdaniem ministra gospodarki RFN Petera Altmaiera „Niemcy nie pozwolą na wyprzedaż sreber rodowych (…) [nacjonalizacja] nie może być tabu, czasowa pomoc publiczna musi być możliwa, podobnie jak zaangażowanie się aparatu państwowego”. Altmaier wypowiedział te słowa jeszcze na początku pandemii; kilka tygodni później (na przełomie kwietnia i maja) rząd federalny udzielał pożyczki wysokości 10 miliardów euro Lufthansie – w zamian za miejsce w zarządzie, prawo weta i 25% udziałów spółki. I o ile Lufthansa została wparta pomocą publiczną z uwagi na pandemię COVID, to w realiach deglobalizacji powstawanie „narodowych czempionów” również stanie się zjawiskiem jeżeli nie powszechnym, to z pewnością częściej spotykanym niż dotychczas. – W maju senat USA przegłosował, a Donald Trump podpisał stawę nazwaną Holding Foreign Companies Accountable Act, nakładającą na chińskie przedsiębiorstwa obowiązek udowodnienia, że nie są kontrolowane przez „obcy rząd”, oraz poddania się audytowi co najmniej raz na trzy lata. – Waszyngton poszedł jednak dalej; również w maju amerykańska giełda papierów wartościowych Nasdaq wprowadziła nowe regulacje, nakazujące chińskim spółkom chcącym dokonać debiutu uzyskanie IPO (ang. initial public offering) o wartości minimum 25 milionów dolarów lub 25% wartości kapitalizacji rynkowej. Konieczne będzie także przeprowadzanie audytów spółek chcących zadebiutować na giełdzie. Były to pierwsze tego rodzaju regulacje wprowadzone przez Nasdaq. Wkrótce potem z Nasdaq „wyszła” jedna z dotychczas notowanych chińskich spółek – Luckin Coffee. W październiku natomiast media informowały, że Biały Dom rozważa umieszczenie chińskiej firmy Ant Group (spółki zależnej grupy Alibaba, należącej do chińskiego miliardera Jacka Ma) na czarnej liście podmiotów Departamentu Handlu, na której znajduje się już m.in. Huawei – akurat w momencie, gdy Ant Group coraz poważniej rozważało debiut giełdowy, licząc przy tym na rekordowe – bo mające przynieść spółce 35 miliardów dolarów (o 10 miliardów więcej, niż ubiegłoroczny debiut Saudi Aramco) – IPO. Te działania wpisują się w trend zwany „delistingiem” – usuwaniem, za pomoca mniej lub bardziej subtelnych sposobów – chińskich spółek z amerykańskich giełd, pozbawiając ich w ten sposób źródła kapitału. Administracja Białego Domu ostrzegła także, między innymi ustami doradcy ekonomicznego Białego Domu Larry’ego Kudlowa, amerykańskie fundusze emerytalne przed inwestowaniem w chińskie spółki.   Są wreszcie opcje nuklearne, o użyciu których co prawda mało mówi Waszyngton, ale których obawiają się z pewnością inne państwa; są nimi odcięcie od dostępu od dolara i systemu SWIFT oraz jednostronne anulowanie długu. – Możliwość jednostronnego anulowania amerykańskiego długu wobec Chin sugerował między innymi senator Lindsey Graham, który uważany jest za bliskiego stronnika 45 prezydenta USA. – Obawę o odcięcie od systemu SWIFT Chiny wyrażały wielokrotnie, chociażby w lipcu, gdy Bank of China opublikował raport postulujący jak najszybsze wdrożenie przez Pekin systemów rozrachunkowych alternatywnych dla SWIFT i CHIPS – a więc systemu CIPS (Cross Border Interbank Payment System). Nawiasem mówiąc, nie tylko Chiny rozwijają system alternatywny do SWIFT; również Unia Europejska zaczyna korzystać z INSTEX-u, który jest właśnie europejską odpowiedzią na SWIFT. Co ciekawe, INSTEX został wykorzystany po raz pierwszy w kwietniu tego roku, gdy Niemcy i Francja użyły tego systemu do przeprowadzenia transakcji z Iranem.   Chiny, których reakcję na gwałtowną eskalację w wykonaniu Stanów Zjednoczonych można sklasyfikować jako „ostrożny symetryzm” odpowiedziały, obok wspomnianego systemu CIPS, również zintensyfikowaniem prac nad „cyfrowym juanem”, czy też rozwojem giełd w Hongkongu i Szanghaju. Z Państwa Środka dobiegają również sygnały, że Pekin może ów symetryzm porzucić, i wykonać uderzenie wyprzedzające, polegające na wyprzedaniu w szybkim tempie posiadanych przez siebie amerykańskich obligacji.   Tak właśnie przedstawia się krajobraz ekonomiczny na świecie na początku czwartego kwartału 2020 roku. Nawet ci najbardziej ostrożni w osądach zaczynają przyznawać, że globalizacja, świat wolnych przepływów strategicznych odchodzi do przeszłości; część liczy jeszcze, że jest to jedynie chwilowy zwrot, wynikający z agresywnej polityki prowadzonej przez obecnego gospodarza Białego Domu. Najprawdopodobniej jednak tak nie jest; napięcia pomiędzy Chinami a Stanami Zjednoczonymi są strukturalne, i znacznie głębsze niż okopy dzielące Demokratów i Republikanów. Jednocześnie Unia Europejska okazuje dużą determinację w swych próbach doprowadzenia do dalszej federalizacji, i galwanizacji UE jako oddzielnego trzeciego bieguna w multipolarnym świecie post-globalizacji. Swobodna alokacja kapitału, o której decydowały względy ekonomiczne, i rady nadzorcze korporacji zostanie zastąpiona, w znacznie większym stopniu kontrolowanym przez państwa, strategicznym kapitalizmem. Łańcuchy dostaw zostaną „ściągnięte” – z powrotem do kraju w przypadku tych o znaczeniu krytycznym dla bezpieczeństwa narodowego w ramach procesu zwanego „reshoringiem”; pozostałe będą lokowane bliżej – w sensie ideologicznym i być może także geograficznym – w ramach „near-shoringu”. Proces ów odbywa się już teraz, i niemal zawsze ma miejsce w wyniku interwencji państwa. W wyniku działania tych samych sił również inwestycje zagraniczne, dotychczas postrzegane zazwyczaj jako pożądane niezależnie od kraju pochodzenia stają się potencjalnym źródłem ryzyka; również tu państwa rozbudowują prawodawstwo pozwalające na ich kontrolę, i ewentualne zablokowanie. W przyszłości niewykluczona jest również reglamentacja dostępu do systemów bankowych i do dolara jako waluty rezerwowej, wolny dostęp do której stanowił fundament zglobalizowanego systemu wymiany handlowej. Wszystko to oznacza, że instrumentarium mentalne, sposoby postrzegania i analizowania rzeczywistości które znajdowały zastosowanie w świecie „końca historii”, globalizacji i swobodnych przepływów strategicznych zdezaktualizowały się, i nie są odpowiednim narzędziem pomagającym zrozumieć zjawiska zachodzące na arenie międzynarodowej. Globalizację zastępuję geoekonomia; globalizm zastępuje geopolityka. Po 30 latach od jej końca historia wróciła.

Autor: Albert Świdziński

 

Zadanie jest finansowane ze środków otrzymanych z Narodowego Instytutu Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego w ramach Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018-2030 PROO