Rok 2020 pozostanie zapamiętany w pamięci społeczeństw jako rok naznaczony pandemią Covid-19. Jednak przede wszystkim ten powoli kończący się rok był okresem przełomu i początkiem nowej epoki w historii świata. Dokonało się bowiem przełomowe przesilenie. To nie pozwoli nam powrócić po pandemii do słonecznej polityki z epoki post-zimnowojennej – tej wspaniałej pauzy geopolitycznej, czasu triumfu Zachodu, okresu spokoju i postępującej globalizacji, zwycięstwa demokracji liberalnej i zachodniego stylu życia oraz dominującego wpływu Zachodu na bieg spraw światowych. Geopolityka wróciła z całą mocą na arenę dziejów i pokazuje swoją dominującą twarz. Trzy zagadnienia zasługują na szczególną uwagę.

 

  1. Clausewitzowska pasja a pandemia Covid-19

 

Clausewitz uważał, że na wojnę składają się trzy elementy: rozum i rozsądek reprezentowane przez rządzących decydentów, którzy nie podlegają emocjom i prowadzą szeroko pojętą wojnę dla osiągnięcia danego celu politycznego, używając wszystkiego, co dostępne do osiągnięcie założonego celu, jak się używa instrumentu. Z okazji (czy też może sposobności), którą nie skąpią wykorzystać konkretni ludzie poruczeni do prowadzenia sprawy wojny – dla realizacji celu określanego przez decydentów. Oraz, co arcyważne –  z pasji, którą muszą żywić społeczeństwa znajdujące się w stanie wojny, by znosić jej wymogi i ograniczenia; by kochać i nienawidzić, pragnąć zwycięstwa własnego i klęski przeciwnika. Ludzie w swojej masie żyją emocjami, więc pasja jest potrzebna dla odniesienie zwycięstwa i znalezienia w sobie pokładów pogodzenia się z wyrzeczeniami i poświeceniami niezbędnymi do realizacji celu politycznego w wojnie. Te są zawsze wyznaczane rozumem i rozsądkiem rządzących. Choćby sam lud nie rozumiał tak rozumianych celów, musi przejść przez trudy, które wiążą się w jego realizacją. Potrzebna jest pasja.

Wojna już trwa. Wojna o globalne strategiczne przepływy, a raczej o to  kto reguluje zasady, na jakich się dokonują. Amerykanie chcą pokazać światu, że oni wciąż kontrolują te zasady dotyczące ruchu ludzi, towarów technologii, danych, wiedzy, kapitału, know how, energii oraz swobody projekcji siły. Przeciwnikiem są Chiny, które wyrosły na największego konkurenta USA w historii. Wyrosły w dobie globalizacji, tak uwielbianej do niedawna przez znaczącą większość społeczeństwa Zachodu.

Teraz pandemia Covid -19 daje Amerykanom i pozostałym państwom Zachodu jak na tacy „pasję Clausewitzowską”, bardzo dobrze współgrając z celem Amerykanów, którym jest złamanie globalizacji. Stała się ona bowiem pułapką rozwojową prowadzącą do zguby USA w rywalizacji z Chinami. Panuje zgodna, że dalsze utrzymywanie starego modelu globalizacji sprowadziłoby niechybnie klęskę na Stany Zjednoczone. Kurs przeciw Chinom jest nie do odwołania, choć wydawało się jeszcze w 2016 2017 a nawet 2018 roku, że deglobalizacja jest zwyczajnie niemożliwa. Musiałaby się dokonać łamiąc wolę walki społeczeństw świata funkcjonujących w zglobalizowanej gospodarce. A jednak. 2020 rok pokazał, że jest to możliwe. Pojawiła się wola polityczna rozwodu globalnego łańcucha dostaw, podsycana strachem ludzi, którzy pojęli jak ważne są tak wydawałoby się abstrakcyjne sprawy jak łańcuchy dostaw i powiązania gospodarcze. Zaczynają być oswajani, że deglobalizacja jest nieuchronna i co więcej – korzystna.

Cel został osiągnięty. To co było niemożliwe do 2019 roku, staje się jak najbardziej osiągalne w 2020. O ile rzeczywiście rozwód globalnej gospodarki był niezbędny, to społeczeństwa nie wiedzą wciąż jak wielkie będą tego koszty – zwłaszcza jeśli chodzi o tak zwany kontrakt społeczny, czyli swoisty modus operandi, jak społeczeństwa dzielą się pracą i jaki jest rozkład wartości pracy, oparty o łańcuchy dostaw i łańcuchy wartości w międzynarodowym podziale pracy.

Trwa wojna handlowa i nasila się wojna technologiczna poparta argumentami z zakresu bezpieczeństwa narodowego. Wczesną jesienią 2020 Biały Dom opublikował narodową strategię dla nowych i krytycznych technologii (ang. National Strategy for Critical and Emerging Technologies). Strategia ma się opierać na dwóch filarach – promocji rozwoju owych technologii oraz ochronie przewag posiadanych przez USA przed zakusami rywali. Celem pierwszego z dwóch filarów jest „wykształcenie najlepszej na ziemi kadry zajmującej się nowymi technologiami i nauką”. Środkiem do osiągnięcia tego celu jest natomiast zlikwidowanie regulacji i przeszkód biurokratycznych, utworzenie narodowej bazy innowacyjności, w której skład miałyby wchodzić instytucje badawcze i naukowe, laboratoria, fundusze kapitałowe czy przedstawiciele przemysłu, czy też „przywództwo w zakresie ustalania standardów technologicznych”. Rząd federalny ma również traktować priorytetowo wszelkie inwestycje w zakresie badań i rozwoju, kłaść większy nacisk na partnerstwo publiczno-prywatne oraz rozwijać współpracę z „myślącymi podobnie” sojusznikami. To kwintesencja decouplingu, czy jak kto woli rozwodu zglobalizowanej gospodarki.

Celem drugiego filaru jest natomiast „uniemożliwienie rywalom USA wykorzystania nielegalnych metod do wejścia w posiadanie amerykańskich technologii”. Środkiem do osiągnięcia tego celu ma być odpowiednia kontrola państwa nad eksportem nowych i krytycznych technologii (ang. critical and emerging technologies, C&ET) oraz „międzynarodowy” system eksportowy (zapewne więc Stany będą próbowały stworzyć środowisko regulacyjne uniemożliwiające eksport kluczowych technologii do państw „niepożądanych” również swoim partnerom). Rząd federalny planuje także „uświadomić” producentom C&ET, jak ważne jest chronienie przewagi Stanów Zjednoczonych na tym polu, oraz zapewnić bezpieczeństwo łańcuchom dostaw i produkcji owych technologii, „a także zachęcić do tego samego sojuszników i partnerów USA”. W strategii postuluje się wreszcie „analizę globalnych trendów panujących w sektorze C&ET oraz tego, jak mogą one wpłynąć na amerykańską przewagę lub ją osłabić”.

Rada Bezpieczeństwa Narodowego zidentyfikowała 20 w sumie tego rodzaju technologii, do których należą między innymi technologie kwantowe, sztuczna inteligencja, przechowywanie i analiza danych, mikroprocesory i układy scalone, technologie kosmiczne, systemy autonomiczne, biotechnologie, technologie produkcji silników odrzutowych, zaawansowane sensory czy wreszcie technologie komunikacyjne.

Z kolei wczesną jesienią podczas przemówienia w Atlantic Council sekretarz obrony USA Mark Esper przedstawił koncepcję „odświeżenia” przez Stany Zjednoczone podejścia do tworzenia i zarządzania siecią sojuszy, mającą pozwolić Białemu Domowi „myśleć i działać” bardziej strategicznie w realiach rywalizacji hegemonicznej z Rosją i Chinami.

Pierwszym elementem owego zreformowanego podejścia jest ustrukturyzowanie współpracy z sojusznikami. W tym celu Pentagon opracował Guidance for Development of Alliances and Partnerships (GDAP). Jednym z celów GDAP ma być metodyczna i skrzętnie notowana współpraca z kluczowymi liderami państw sojuszniczych, a także wyznaczenie jasno zdefiniowanych celów oraz mierzenie postępów w ich wypełnianiu. GDAP ma więc stać się scentralizowanym repozytorium danych na temat wszystkich interakcji pomiędzy Pentagonem a państwami sojuszniczymi, od zgłaszanego zapotrzebowania na systemy uzbrojenia przez kontakty z przywódcami czy liderami owych państw po ćwiczenia wojskowe, pozwalając jednocześnie na śledzenie postępów w realizacji celów postawionych przed daną relacją sojuszniczą.

Drugim elementem reform jest rozluźnienie regulacji i ograniczeń dotyczących sprzedaży uzbrojenia. Jak zauważył szef Departamentu Obrony, obecne regulacje są „niejasne, czasochłonne i skomplikowane”. Zdaniem Espera, z punktu widzenia interesów Stanów Zjednoczonych kluczowe jest wykorzystanie produkowanego przez USA uzbrojenia jako „strategicznego narzędzia, pozwalającego na zwiększenie zdolności obronnych sojuszników i partnerów, które jednocześnie służyć ma zwiększeniu interoperacyjności ich sił zbrojnych z wojskami USA oraz zacieśnianiu więzów”.

Liberalizacja przepisów regulujących eksport uzbrojenia ma również pozwolić Stanom nie tylko na rywalizację o kontrakty zbrojeniowe z Chinami i Rosją, ale ma także być narzędziem pozwalającym na łatwiejsze zawieranie partnerskich co najmniej relacji z państwami nie będącymi obecnie częścią amerykańskich struktur bezpieczeństwa.

W praktyce ma to oznaczać szybsze zdejmowanie ograniczeń eksportowych i pozwalać tym samym na sprzedaż „krytycznie ważnych” systemów uzbrojenia, utworzenie „elastycznych”  regulacji dotyczących eksportu broni i sprzedaży technologii obronnych w ogóle. Co ważne, Stany planują również liberalizację przepisów dotyczących sprzedaży wojskowych dronów, które zdaniem Espera są przestarzałe. Pentagon ma również utworzyć mechanizm pozwalający na śledzenie postępów w realizacji najważniejszych kontraktów zbrojeniowych z partnerami USA oraz potrzeb, które owi partnerzy zgłaszają.

Bojowe w swym brzmieniu wystąpienia wygłaszali nie tylko Amerykanie. Przemawiając na uroczystościach upamiętniających 70. rocznicę wybuchu wojny koreańskiej, Xi Jinping wezwał Chińczyków do „zachowania wiary w ostateczne zwycięstwo” oraz czerpania inspiracji z przykładu danego im przez chińskich żołnierzy walczących z Amerykanami podczas konfliktu w Korei. Przykład ów miałby pozwolić dzisiejszym Chinom na przezwyciężenie wszelkich trudności i wyzwań i zwycięstwo nad wszystkimi przeciwnikami”. I chociaż Xi nie wspomniał o Stanach w kontekście toczącej się właśnie rywalizacji, to analogia zdaje się dość jasna; Xi przestrzega USA przed niedocenieniem determinacji Chin i gotowości Pekinu do stawienia oporu zbrojnego. Na zakończonym pod koniec października 2020 roku plenum KC KPCh Xi Jinping jasno postawił sprawę; Chiny chcą być numerem jeden w świecie.

Pasja Clausewitza znów jest z nami. Rozum rządzących używa jej korzystając z każdej sposobności. Kości żelazne puszczane zostały w ruch. Nie ma powrotu do pauzy geopolitycznej. Spokój się skończył. Nie ma powrotu do status quo ante.

 

 

  1. Białoruski piwot

 

Na bazie kazusu białoruskiego, który obserwowaliśmy latem 2020 roku przesądzają się losy status całego naszego regionu, jego bezpieczeństwo i przyszłość. Łukaszenka do tej pory skutecznie balansował wewnętrzne siły strukturalne, zachowując w ten sposób coś, co potocznie nazywa się „władzą”. Wokół sił strukturalnych funkcjonują realne „mięśnie i ścięgna” państwa, które przekładają się na „dźwignie” służące codziennej sprawczości w polityce, zwane inaczej, zwłaszcza na Wschodzie, jakże zgrabnie – „aktywami”.

Polska zasadniczo ważnych aktywów w siłach strukturalnych na Białorusi nie ma, więc jako metody wyciągnięcia Białorusi z orbity wpływów rosyjskich używa instrumentu „wartości ogólnoludzkich”. Jakkolwiek moralnie dwuznacznie to brzmi, takie są fakty. Bez względu na to, co sami o tym myślimy, elity mocarstw zachodnich podejrzewają, że posługujemy się retoryką wartości instrumentalnie, bo jesteśmy słabi i nie mamy innych aktywów (dźwigni). Rosjanie są o tym absolutnie przekonani, co wprost oznajmił w czasie kryzysu szef rosyjskiego MSZ-u. Argumenty „z wartości” w polityce międzynarodowej jeśli bywają skuteczne, to tylko umiarkowanie. Działają w przypadku białoruskim na zasadzie impulsu, sposobu na pobudzenie ludzi, skoro wielu zapewne chce tam żyć lepiej i i w większej wolności, bogaciej i bez „ruskiego knuta”.

To siły strukturalne Białorusi determinują jej model społeczno-gospodarczy. Tworzą go surowce, przepływy finansowe, kredyty, eksport, import, skomunikowanie ze światem i rynkami, łańcuchy dostaw wewnętrzne i zewnętrzne czy podział zadań w przemyśle i rolnictwie. A „obsługują” go konkretni ludzie, którzy mają z tego dochody i własne pola sprawstwa.

Mackinder nazywał to „Going Concern”. A model tworzący „infrastrukturę relacyjną” u naszego wschodniego sąsiada jest zorientowany geostrategicznie przede wszystkim na Rosję. To daje Rosji wejścia na realne aktywa polityki białoruskiej, na ścięgna i mięśnie państwa, na generowane przez utrwalony model przepływy strategiczne, a zatem też na biznes i służby specjalne, które „oblepiają” infrastrukturę relacyjną, szukając zarobku i wpływów, zwłaszcza na Wschodzie. W takim państwie jak Białoruś czynią to nadzwyczaj szczelnie. Do tego dochodzi język rosyjski i kultura, wielka ojczyźniana wojna, mieszane małżeństwa i rozliczne inne „miękkie” elementy oddziaływania Rosji na naszego sąsiada.

W zakresie bezpieczeństwa Rosja ma sporo aktywów za sprawą ludzi w korpusie oficerskim i w systemie dowódczym; istnieją wspólne bazy i ćwiczenia, które mogą stać się dźwigniami nacisku politycznego, a nawet wprost realizacji polityki rosyjskiej, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Łukaszenka o tym wie, więc gdy się wystraszył ulicy, pokazał ponad wszelką wątpliwość, że chce się oprzeć na Rosji i jej siłach wojskowych w celu utrzymania się przy władzy (i być może przy życiu). Jak mawiał Bismarck, o godzinie 23 każdy teatr się kończy. Widać, jaki kierunek geostrategiczny wiązał i dalej wiąże Białoruś. I nie jest łatwo go zmienić pomimo zrozumiałego impulsu ludzi, którzy wyszli na ulice białoruskich miast.

Rosja stoi przed dylematem: jak utrzymać przy władzy swojego człowieka, który jest gwarantem orientacji geostrategicznej i niezmiennej „infrastruktury relacyjnej” (przy czym niekoniecznie musi tutaj chodzić o Łukaszenkę; może zatem dojść do przewrotu pałacowego; Rosja byłaby sprawcą i gwarantem transformacji, a Zachód z powodu dominacji rosyjskich aktywów oczywiście by się na to zgodził), zachowując swoje aktywa i jednocześnie osiągnąć cel: z czasem pogłębić integrację, nie antagonizując społeczeństwa.

Jednocześnie Rosja chce, aby Zachód uznał Białoruś za swoją strefę uprzywilejowanych wpływów. W dużej mierze przywódcy Zachodu (przynajmniej na razie) tak właśnie postępują. I to by było tyle na temat tego, czy Zachód obsługuje interesy Rzeczypospolitej w zakresie polityki wschodniej.

Latem 2020 roku bardzo pouczająca była wymiana poglądów między przedstawicielami elit państw Europy Zachodniej a analitykami z naszej części Europy. Dla wielu z naszej części świata powinna to być lekcja do zapamiętania. Otóż ostatnie 30 lat słonecznej pogody się skończyło, a zasady geopolityki jednak rządzą w stosunkach międzynarodowych, chociaż nam w Europie Środkowej i Wschodniej instynktownie się to nie podoba, bo okazuje się, że „duzi robią to, co mogą, a mali to, co muszą”.

Chyba że mali (albo średni) zmienią swój status…

Państwa pomostu bałtycko-czarnomorskiego postępują wobec kryzysu na Białorusi inaczej niż Francja i Niemcy, lecz nie mają dźwigni umożliwiających forsowanie własnej polityki. Jedyną dźwignią jest impuls buntującego się społeczeństwa białoruskiego. Zabrzmi to brutalnie, ale to mało. W takich sprawach rozstrzyga bowiem równowaga sił, która musiałaby ulec zmianie, by zmienił się status Białorusi. A dla Rosjan status Białorusi jest zbyt ważny. Na Zachodzie uważa się, że Rosja byłaby gotowa nawet na wojnę dla utrzymania statusu Białorusi, podczas gdy Zachód nie jest na nią gotowy. Państwa naszego regionu są w oczach zachodniej Europy za słabe, więc nie stanowią podmiotu polityki międzynarodowej, ponieważ nie są eksporterami bezpieczeństwa i nie mogą wpływać na status Białorusi, jeśli zmiany tego statusu nie życzy sobie mocarstwo gotowe pójść o tę sprawę na wojnę. Nie mówiąc już o dominacji innych aktywów rosyjskich na Białorusi.

Ta konstatacja powinna być punktem zwrotnym dla Polski w myśleniu o naszym własnym bezpieczeństwie w Europie, w tym w kontekście konsolidacji projektu europejskiego, o naszej polityce wobec Wschodu, o sile i statusie naszego regionu.

W razie dalszego łamania ładu znanego nam z ostatnich 30 lat i widocznych już symptomów „koncertu mocarstw”, który obserwujemy w wykonaniu Niemiec i Francji, przejawiającego się w narzucaniu rozstrzygnięcia spraw pomostu bałtycko-czarnomorskiego z pogwałceniem aspiracji państw do poszukiwania jedności i konsolidacji pomostu oraz odrębności jego wszystkich elementów od Rosji, może to doprowadzić do dezintegracji wspólnych celów polityki europejskiej, ponieważ ta kwestia dotyczyć będzie żywotnego interesu Rzeczypospolitej, która widzi, że jej interesy nie są obsługiwane.

Przy okazji, nie tylko Białoruś jest tracona, ale status bezpieczeństwa Warszawy jest inny niż Paryża, który de facto bezzębny w naszym regionie boi się skonfrontować o Białoruś z Rosją i jej siłą wojskową. To byłoby tyle, jeśli chodzi o gwarancje bezpieczeństwa konsolidującego się projektu europejskiego. To powinno być dla Warszawy ostatecznym sygnałem alarmowym. Otóż możemy polegać tylko na własnych siłach zbrojnych, a już w szczególności w wypadku konsolidacji projektu kontynentalnego, bo jakiekolwiek cudze gwarancje będą iluzoryczne. Przy wszystkich zastrzeżeniach i wątpliwościach najlepiej wyglądają te amerykańskie, bo Amerykanie mają realne siły zbrojne, choć są daleko od nas i nie u nas mają punkt ciężkości. O ile wobec Amerykanów Rosjanie nie są pewni kontroli drabiny eskalacyjnej w razie kryzysu, to widać, że w odniesieniu do Europejczyków nie będą mieli takich wątpliwości. Sprawa Białorusi i to, jak nas traktują Francja i Niemcy, pokazują to dobitnie.

Brak jedności polityki europejskiej wobec naszych sąsiadów na wschodzie pchnie Warszawę na drogę konfrontacji z polityką Francji czy Niemiec w wypadku niechęci tych państw do obsłużenia interesu państw pomostu lub, co gorsza, w sytuacji chęci dogadania się z Rosją i podziału stref wpływów, do czego konsekwentnie dąży Moskwa.

Cenę tego napięcia pomiędzy mocarstwami płacą najczęściej narody frontowe i organizmy peryferyjne położone daleko od centrów decyzyjnych w Berlinie, Moskwie, Pekinie czy Waszyngtonie. Konkretnie my. Chyba że stworzymy obszar własnej podmiotowości między Bałtykiem, Morzem Czarnym a Adriatykiem, który to obszar nie będzie importerem bezpieczeństwa, a zatem w nowym ładzie, który powstaje, nie będzie obszarem klientelistycznym, zależnym w zakresie bezpieczeństwa od rdzenia konsolidującej się Europy. Chyba że zrezygnujemy z tych ambicji, bo uznamy, że nie stać nas na własne państwo.

Ale to i tak nie wystarczy. Bo jakie gwarancje w zakresie bezpieczeństwa dadzą nam Niemcy i Francja przed Rosją, jeśli ustępują przed nią na Białorusi z powodu domniemanej kontroli drabiny eskalacyjnej kryzysu przez Rosję. Równie dobrze Rosja może zrobić krok dalej i każe oddać sobie to, czego zażąda – na przykład naszą podmiotowość lub żywotne interesy – na przykład wolność komunikacyjną na Bałtyku lub plany budowy własnego źródła energii a nawet sieci przesyłowych.

Nie można się natomiast dać wykluczyć, jeśli będzie dogadywany jakiś format transformacji białoruskiej pod nadzorem Zachodu (oczywiście Francji i Niemiec) oraz Rosji. Polska i państwa regionu muszą w tym uczestniczyć, choć Rosja będzie temu mocno przeciwna. To będzie test naszej polityki (i naszej siły) oraz długofalowych intencji Zachodu co do naszej podmiotowości. Brak zaproszenia nas będzie dowodem, że na Zachodzie nie traktują nas  podmiotowo i sami chcą regulować sprawy obszaru. Rosyjskich intencji nie musimy testować, znamy je bowiem doskonale.

Józef Piłsudski po odzyskaniu niepodległości zwykł przekonywać, że pole manewru dla polskiej polityki jest na wschodzie, w realizacji koncepcji federacyjnej i w innych działaniach mających na celu budowanie instrumentów nacisku i wpływów politycznych. Właśnie we wschodniej strefie buforowej, gdyż tam instrumenty polityki Zachodu nie sięgają albo nie są skuteczne, a zatem państwa zachodnie muszą się liczyć w tym regionie z Polską. W charakterystycznych dla siebie niecenzuralnych słowach oceniał Piłsudski polską politykę wobec Zachodu, w której ramach powyższych zaleceń by nie realizowano. Wówczas polityka taka nakazywałaby nam być na wszystkich kierunkach posłusznymi i wtórnymi wobec woli ówczesnych mocarstw zachodnich. Pozbawiałoby to nas podmiotowości i zmuszało do akceptacji woli mocarstw spoza naszego regionu, co ogranicza nasze pole bezpieczeństwa, ale osłabia też perspektywy rozwojowe naszego biznesu i możliwości naszej penetracji rynkowej i kapitałowej. Ujmując lapidarnie to zalecenie: na zachodzie kontynentu byliśmy nikim, na wschodzie natomiast byliśmy kimś i należy tego pilnować.

W listopadzie minęło 100 dni, od kiedy Białorusini rozpoczęli największe w historii kraju protesty przeciwko prezydentowi Łukaszence. Choć ludzie wciąż wychodzą na ulice, to wyraźnie widać, że w kraju mamy do czynienia z politycznym patem. Aleksandr Łukaszenka może okazać się zbyt słaby utrzymać się przy władzy, jednakże postulaty całkowitej zmiany reżimu są nie do przyjęcia dla rządzących. Wasilij Kaszin, ekspert Klubu Wałdajskiego, napisał we wrześniu na łamach tygodnika „Profil”, że dla Rosji utrata Białorusi jest z wojskowego punktu widzenia równoznaczna z przeniesieniem linii kontaktu z wrogiem o 650 kilometrów na wschód, patrząc z Moskwy. A to oznacza, że nawet nie decydując się na rozmieszczenie na obszarze Białorusi swych wojsk, a jedynie dyżurując w przestrzeni powietrznej, siły NATO są w stanie uzyskać znaczącą przewagę. Rosyjska stolica znajdzie się wówczas w zasięgu rażenia broni lotnictwa taktycznego, które może zostać użyte nawet bez konieczności wejścia w przestrzeń powietrzną Federacji Rosyjskiej. To zaś stawia pod znakiem zapytania efektywność rosyjskich systemów ostrzegania i samą ideę uderzenia odwetowego. Realne staje się zagrożenie zniszczeniem przez przeciwnika, w czasie pierwszego uderzenia kierownictwa państwa rosyjskiego, znacznej części strategicznych wojsk rakietowych, a także systemów przenoszenia głowic jądrowych znajdujących się w europejskiej części Rosji. Z tego też względu, jak pisze Kaszin, „Moskwa jest zmuszona poprzeć reżim Łukaszenki bez względu na wszystkie jego oczywiste wady. Zadaniem chwili obecnej jest wykorzystanie uzależnienia Łukaszenki od naszego poparcia do stworzenia najbardziej trwałego, nierozerwalnego połączenia Białorusi z Rosją. W przypadku niepowodzenia tego kursu Moskwa będzie musiała szukać opcji, które ograniczą wartość Białorusi jako atutu w rękach wroga.

Rozwój wydarzeń po 9 sierpnia, polegający na podważeniu wyborczego mandatu Aleksandra Łukaszenki przez Białorusinów z jednej strony i międzynarodowej izolacji Mińska z drugiej, zmienił sytuację Rosji i jej pozycję przetargową wobec Białorusi w sposób oczywisty na korzyść Moskwy, która stała się jedyną podporą osłabionego reżimu.

 

 

  1. Moment Hamiltonowski w Europie i wojna francusko-niemiecka na słowa o przyszłość Europy

 

Brexit, skutki społeczno-gospodarcze pandemii oraz dalsze słabnięcie wpływów Stanów Zjednoczonych na kontynencie odwróciłyby skutki II wojny światowej, przy okazji tworząc mechanizm próżni bezpieczeństwa w obszarach, gdzie gwarancje amerykańskie zostałyby zakwestionowane.

Z tego wszystkiego mogłaby powstać sytuacja podobna do tej po pokoju w Brześciu w 1918 roku, gdy mocarstwa morskie nie miały w głębi kontynentu nic do powiedzenia, a nowy stan równowagi i ostatecznie stabilizacja musiały zostać osiągnięte własnymi siłami organizmów politycznych pomostu bałtycko-czarnomorskiego i Europy Wschodniej, z oczywistym ryzykiem wystąpienia konfliktów, w tym o charakterze zbrojnym, nawet jeśli jedynie nazywano by je tylko wojnami lokalnymi czy ograniczonymi.

Tymczasem w Europie w ostatnich latach zachodził proces budowy przez Unię Europejską systemu quasi-imperialnego, jakkolwiek go nazwiemy w dobie miłych słów i poprawnych politycznie stwierdzeń. Trudno się oprzeć wrażeniu, że ten konstrukt konsolidacyjny głównego trzonu lądowego Europy, z ośrodkiem decyzyjnym nad Morzem Północnym i z peryferiami gdzieś w Bułgarii czy Grecji, jest podobny do Świętego Cesarstwa Rzymskiego czy imperium karolińskiego. Z ambicjami typowymi dla projektów imperialnych narzucających normy od obszaru rdzeniowego ku peryferiom. Konstrukt europejskiego imperium ma jednak otwarte flanki strategiczne na wschodzie (na Nizinie Środkowoeuropejskiej), na południowym wschodzie (na przejściu między Europą i Azją – w Tracji i na Bałkanach) oraz na południu (na „fosie” Morza Śródziemnego), co kreuje i będzie kreowało bardzo poważne wyzwania dla bezpieczeństwa i spoistości zjednoczonej Europy. Zdaje się, że tylko Atlantyk od zachodu może Europie dawać osłonę strategiczną. Choć zewnętrzny amerykański morski hegemon nie ma i tak problemu z jej penetracją, jeśli tylko chce równoważyć – zgodnie ze swoim interesem – wpływy w Europie. Robert Kaplan nazywa konstrukt konsolidującej się Europy „niezbędnym imperium”, wspominając między innymi publicznie, że Polska nie ma przyszłości w Eurazji poza nim.

Historia budowy imperiów to historia budowy infrastruktury i dróg, którymi dostarcza się do rdzenia systemu towary pierwszej potrzeby i surowce, w zamian eksportując wysoko przetworzone produkty oraz bezpieczeństwo i instytucje polityczne. Tak się buduje imperia – zgodnie ze znanym powiedzeniem, że „wszystkie drogi prowadzą do Rzymu”. Potem pojawia się konsolidacja podatkowa i regulacyjna, na końcu gwarantowanie długu przez jeden spójny rząd odpowiadający za politykę finansową całego organizmu politycznego i ekonomicznego. To przesądza o powstaniu państwa. Wspólny dług – wspólne życie. Moment Hamiltonowski na podobieństwo uwspólnotowienia długów stanów amerykańskich z początków historii Stanów Zjednoczonych, co przesądziło o federacyjnym charakterze USA i jedności tego państwa. Latem 2020 Unia Europejska prawdopodobnie przekroczyła ten próg decydując się pod ciśnieniem skutków gospodarczych pandemii się na uwspólnotowienie długu.

Wzrost imperium pochodzi z dwóch źródeł:
a) racjonalizacji przestrzeni i jej zasobów poprzez jej poszerzanie lub poszerzanie kapitałowo-organizacyjnego oddziaływania na nią oraz b) wprowadzania nowych wynalazków (technologii), które zmieniają układ gospodarczy, monopolizując na jakiś czas korzyści dla imperium. Pierwszy sposób jest łatwiejszy: wystarczy poszerzyć terytoria poddane odziaływaniu kapitałowo-organizacyjnemu, znieść bariery dla wolnego handlu i inwestycji, zwiększyć wraz z terytoriami rynek i liczbę rąk do pracy oraz zapewnić wolność przepływów strategicznych kapitału do obsługi nowych przestrzeni. Tak dokonywało się rozszerzanie Unii Europejskie o kolejne państwa. Drugi sposób jest trudniejszy. Potrzeba do niego inwestycji, ducha innowacyjności i szczęścia, choć szczęście akurat chyba sprzyjało w tej sprawie Europie w ostatnich 200 latach. Przecież rewolucja przemysłowa dokonała się na Starym Kontynencie, a jej owoce w ciągu następnych kilku dekad doprowadziły do dominacji europejskiej nad światem. Wcześniej różnie z tym bywało.

Od 1980 roku do około roku 2010 w Europie obowiązywał jednak zdecydowanie pierwszy model – „ekspansyjny”. Dokonywała się konsolidacja kolejnych peryferii. W imperium europejskim obejmującym już z czasem kraje Europy Środkowo-Wschodniej, Południowej oraz peryferie iberyjskie (Hiszpania i Portugalia) wprowadzano kolejne regulacje wspólnotowe w zakresie telekomunikacji, finansów czy wreszcie rolnictwa oraz rybołówstwa. Wszystko w myśl ruchu konsolidacyjnego zmierzającego w jednym kierunku: „ever closer union”.

Żadne imperium nie powstało za cudze pieniądze, więc Europa musiała mieć pieniądz. Tym pieniądzem była marka niemiecka. Przy czym stało się to niejako automatycznie, bo Niemcy byli bezkonkurencyjni w produkowaniu, a obligacje niemieckie były najatrakcyjniejsze. Niemcy po prostu stały się najsilniejsze. Po wprowadzeniu waluty euro Niemcy zebrały tego żniwo przy niskim koszcie pieniądza. Trzeba przyznać, że gospodarki związane z gospodarką niemiecką również korzystały z niskich kosztów finansowania. Imperium europejskie wspaniale rosło oparte na niemieckiej marce. Wtedy, jak pięknie pisze Louis Gave, do akcji weszli Francuzi, którzy tracili strukturalnie władzę w systemie politycznym wspólnot europejskich i z tego powodu wymyślili euro, aby kontrolować siłę gospodarczą i wpływy Niemiec w Europie.

Po 20 latach widać tego skutki. Nie widać ich było na początku, bo imperium europejskie rozszerzało przestrzenie wspólnot i mnożyły się potrzeby z tym związane. Skutkowało to ekspansją gospodarczą na nowe tereny, co zwiększało zapotrzebowanie na kapitał. Więcej ludzi oszczędzało w euro i lokalne banki coraz więcej pożyczały w euro.

Po 30 latach wzrost ekspansywny imperium europejskiego został zastopowany na skutek zmian geopolitycznych, co spowodowało zahamowanie procesu rozszerzania wspólnot. W wyniku oporu Rosji nie została przyjęta Gruzja, Ukraina, na Bałkanach coraz sprawniej poczynały sobie Chiny. Imperium europejskie zahamowało niczym wielka lokomotywa. Uderzone obuchem wydarzeń stopujących jego ekstensywny rozwój upadło na kolana. W rezultacie oglądany chłodnym okiem projekt europejski przeżywał kryzys równowagi wynikający z trzech występujących jednocześnie zjawisk. Pierwsze dotyczy utraty znaczenia przez Europę w świecie. Europa stała się miejscem drugorzędnym z punktu widzenia dynamiki procesów globalnych i układu sił. W momencie rewizji ładu światowego okazało się, że „gramatyka handlu i dyplomacji”, czyli europejska soft power, to za mało. Drugie zjawisko destabilizujące równowagę w Europie to próba odzyskania przez Rosję wpływów w jej obszarach buforowych. Trzecie zjawisko o charakterze strukturalnym to wzrost polityczny, dyplomatyczny i gospodarczy potęgi Niemiec w Europie. Poprzednia równowaga oparta była na niemieckim związku z Atlantykiem i potęgą oceanu światowego (Westbindung) kanclerza Konrada Adenauera i wynikających z tej geostrategicznej decyzji więziach transatlantyckich. Niemcy w wyniku tej decyzji i zawiązania gospodarczych wspólnot europejskich straciły kontrolę nad Zagłębiem Ruhry, a instytucje europejskie mitygowały niemiecką potęgę gospodarczą. Nowa sytuacja zaczęła się rysować po zjednoczeniu kraju w latach 90. XX wieku i po zakończeniu zimnej wojny. Poszerzenie UE i NATO o państwa na wschód od Odry dodatkowo wzmocniło Niemcy, dając im bufor dodatkowej przestrzeni, co umożliwiło redukcję wojska, reorientację wydatków i zebranie „dywidendy pokojowej”. Powstały także warunki dla wschodniej ekspansji gospodarczej i politycznej Niemiec. Ponadto na skutek zjednoczenia UE i poszerzenia NATO nie tylko wzrosło bezpieczeństwo Niemiec, lecz także zmalała zależność strategiczna od Stanów Zjednoczonych oraz zwiększyło się ich pole manewru politycznego i gospodarczego. Polska w nowym układzie stała się dla Berlina buforem bezpieczeństwa od wschodu i obszarem korzystnej dla Niemiec ekspansji gospodarczej i kapitałowej. Osiągnięta z czasem dominacja gospodarcza w eurozonie, kluczowa rola w europejskiej polityce wobec Rosji (kwestia Krymu, Ukrainy, sankcji) oraz europejski kryzys finansowy po 2008 roku doprowadziły do zdjęcia „gorsetu” z polityki niemieckiej na kontynencie.

Nową architekturę unijną ustala się obecnie pasem transmisyjnym wpływu geopolitycznego Niemiec, potwierdzając ostrzeżenie premier Margaret Thatcher, że wspólnoty europejskie raczej konsolidują i wzmacniają potęgę Niemiec, niż ją powstrzymują.

Wystarczy przeanalizować na przykład postępowanie Berlina w ostatnich 10 latach wobec Grecji, Irlandii, Włoch, Portugalii i Hiszpanii. Testamentem są tu słowa niemieckiego ministra finansów Wolfganga Schäublego: „W Europie mamy dobry powód, by nie dostarczać pomocy finansowej bez żądania czegoś w zamian i nie pomagamy, jeśli dany kraj nie używa tego, by sobie pomóc”.

Nic dziwnego, że Niemcy spotykają się z krytyką, iż stały się „Chinami Europy”, a ich cel nadrzędny to maksymalizacja eksportu i utrzymanie kosztów pracy na poziomie niższym, niż być powinny.

Waluta euro i jej reżim są zaś regulacyjnym „gorsetem” dla mniejszych, lecz nie dla Niemiec. Jeszcze dalej w krytyce posunął się w 2015 roku premier Węgier Wiktor Orbán, oskarżając Niemcy o „moralny imperializm”. Wzrost potęgi niemieckiej został zauważony przez Waszyngton, co tradycyjnie może się skończyć działaniami równoważącymi potęgę Niemiec na kontynencie przez USA.

Pogrążone w stagnacji politycznej centrum decyzyjne „starej Unii”, nie mogąc dalej rosnąć, kuszone jest czarem „dekolonizacji”. Tym grożą Polsce próbując ją dyscyplinować regułami praworządności. Do tego dochodzi geopolityczna penetracja przez zewnętrze siły wszystkich perymetrów imperium europejskiego: Rosji na wschodnich jej rubieżach, od strony Atlantyku przez Stany Zjednoczone, oraz Turcji od strony Azji, kontrolującej strategiczne przepływy mas ludzkich z Afryki i Bliskiego Wschodu na Stary Kontynent, który przecież nie jest wyspą, a Morze Śródziemne oddzielające go od południa jest zaledwie fosą.

By waluta euro była wiarygodna dla inwestorów, muszą oni mieć poczucie, że będą spłaceni, czyli że władza zbierze podatki, a inwestorom zwróci pieniądze. By tak się stało i by wszystko to było wiarygodne, władza w systemach zachodnich musi mieć legitymację społeczeństwa uzyskaną w demokratycznych wyborach. Tymczasem w centrum politycznym Unii Europejskiej w Brukseli rządzą technokraci, którzy próbują osiągać efekt własnej legitymizacji przez traktaty, a nie przez głosy wyborców. W realnej polityce traktaty są, jak się okazuje, niewiele warte, bo przestają obowiązywać, jak tylko zmienia się układ sił lub okoliczności. Stąd taka inflacja traktatów unijnych w ostatnich latach. Wynika ona z nieustannej próby „złapania” legitymacji. O ile w Chinach dokonuje się to domniemaną lub jawną przemocą, o tyle w Unii Europejskiej perswazją (jeszcze), ale w dużym stopniu niedemokratyczną. W związku z tym w razie konfliktu żywotnych interesów rządy narodowe mogą jednak zapytać, kto jest realnym suwerenem: one czy Bruksela.

Nietrudno zatem dostrzec, że euro uniemożliwiło dostosowania pod względem różnej wydajności pracy ludzi w Europie przy jednoczesnym braku do 2020 roku woli politycznej na transfery finansowe do niedostających wydajnością pracy peryferii. Uwspólnotowienie długi to ma zmienić. W latach 1975–2000 europejski przemysł kompensował niemiecką wydajność dewaluacjami walut południa, lecz obecnie gorset euro powoduje, że dostosowanie może się odbywać tylko przez deflacje i recesje i to się dzieje. Stąd bierze się kryzys południa kontynentu i popularność partii populistycznych. System waluty euro stworzył maszynkę kredytową dla przemysłu niemieckiego. Jeśli ktokolwiek opuściłby strefę euro, Niemcy ponieśliby ogromną stratę i staliby się ofiarą takiego rozwodu. Moment Hamiltonowski nie był zatem gestem miłosierdzia, lecz ratowaniem pozycji niemieckiej, a przy okazji konstrukcji wspólnoty uderzonej pandemią, która łamie powiązania gospodarcze na kontynencie.

W tym duchu Niemcy próbują pójść za ciosem i stworzyć podwaliny nowego ładu na nowe czasy. Oddając Ameryce hołd lenny ale w zamian otrzymując prawo porządkowania spraw na Starym Kontynencie. Politico opublikowało esej niemieckiej minister obrony, zatytułowany „Europe still needs America”, w treści swej będący kalką propozycji złożonej Waszyngtonowi kilka tygodni wcześniej. Europa wciąż potrzebuje Ameryki – a Ameryka Europy – ponieważ, jak uważa pani minister, „w świecie rywalizacji mocarstw jedynie Zachód zjednoczony i mówiący jednym głosem będzie w stanie stać twardo na straży swych wartości”, w związku z czym proponuje ona szereg celów politycznych, które Niemcy „i ich europejscy partnerzy powinni twardo realizować”. Pierwszym z nich ma być kontynuacja i intensyfikacja rozbudowy zdolności militarnych, ponieważ „nie ma dobrego powodu, dla którego Europejczycy nie powinni być w stanie sami zająć się wieloma problemami obronności u swych granic – na Morzu Bałtyckim i Północnym, w Europie Środkowo-Wschodniej, na Bałkanach, Bliskim Wschodzie i w Sahelu”. Drugim powinno być doprowadzenie do zawarcia umowy handlowej USA–UE; trzecim akceptacja, że Stany Zjednoczone w dalszym ciągu muszą utrzymać swoje nuklearne gwarancje bezpieczeństwa wobec europejskich sojuszników, w myśl znanej jeszcze z czasów zimnej wojny doktryny rozszerzonego odstraszania nuklearnego.

W tym sensie godnego odnotowania wywiadu udzielił w listopadzie prezydent Francji Emmanuel Macron. W rozmowie z francuskim think tankiem Groupe d’etudes geopolitiques Macron przedstawił kolejną już z doktryn, mających prowadzić wspólnotę europejską przez burzliwe czasy rozpadu dotychczasowego porządku międzynarodowego. Macron życzyłby sobie, aby Unia Europejska stała się w pełni suwerennym biegunem w nadchodzącym – jak to ujął sam Macron – koncercie mocarstw. Macron zresztą bardzo krytycznie odniósł się do sformułowanej niedawno przez niemiecką minister obrony, a adresowanej do USA, propozycji, podkreślając, że jego zdaniem kanclerz Merkel nie podziela zdania swojej jeszcze-do-niedawna następczyni; francuski prezydent stwierdza, że Europa nie odrobiła „pracy domowej” i nie utworzyła ram intelektualnych, pozwalających jej na samodzielne myślenie o odgrywanej przez nią roli. Zdaniem Macrona „na poziomie geostrategii zapomnieliśmy, jak myśleć samodzielnie, ponieważ o geopolityce myśleliśmy przez pryzmat NATO”. W związku z tym, aby „uniknąć chińsko-amerykańskiego duopolu i powrotu wrogich potęg regionalnych”, Europa musi na nowo sformułować spójną wizję swojej pozycji – jako „zjednoczonego geopolitycznie bloku”, który na dodatek powinien „traktować Afrykę jako równego partnera”. Macron stwierdza więc, że „nie uspójniliśmy wewnętrznie” wizji Europy jako skończonej przestrzeni politycznej; „nasza waluta nie jest gotowa, do tego lata nie mieliśmy nawet wspólnego budżetu (…) i nie myśleliśmy o tym, co czyni nas potęgą zdolną do funkcjonowania w realiach koncertu mocarstw: bycie wysoce zintegrowanym regionem z jasno wyznaczonymi celami politycznymi”. Domyślać się można, że w wizji Macrona w koncercie Francja odgrywać będzie rolę koncertmistrza, rozgrywającego swą partię vis-à-vis Chin, Stanów Zjednoczonych czy Rosji. Rozmówca Groupe d’études géopolitiques uważa, że pierwszym krokiem ku europejskiej „autonomii strategicznej” powinno być osiągnięcie samowystarczalności w zakresie technologii, ze szczególnym wyróżnieniem technologii telekomunikacyjnych i informatycznych – od 5G po przechowywanie informacji w chmurze, ponieważ w chwili obecnej „dane w chmurze nie są regulowane przez prawo europejskie, a w przypadku sporów musimy polegać na amerykańskim systemie prawnym i dobrej woli”.

Słowa Macrona zostały dość szybko spostponowane przez Niemcy; rzecznik rządu Angeli Merkel stwierdził, że Berlin „podtrzymuje wizję transatlantyckiej determinacji, a zarówno Berlin, jak i cała Europa muszą stawić czoło największym wyzwaniom naszych czasów we współpracy ze Stanami Zjednoczonymi”. W podobnym tonie wypowiedziała się zresztą sama kanclerz Merkel w notatce gratulacyjnej dla Joe Bidena, gdy stwierdziła, że „więź transatlantycka jest niezbędna”.

Tymczasem w żadnej z tych wypowiedzi nie dało się dostrzec propozycji utworzenia samodzielnego europejskiego systemu odstraszania nuklearnego.

 

Autor: dr Jacek Bartosiak

 

 

 

Zadanie jest finansowane ze środków otrzymanych z Narodowego Instytutu Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego w ramach Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018-2030 PROO