Na podstawie nowego prawa wprowadzonego w Korei Południowej w marcu 2021 roku policja może karać aktywistów wysyłających w stronę Korei Północnej ulotki. Takie materiały zrzucano nad terytorium reżimu od lat, ale obecnie zaczęło to przeszkadzać w dążeniu do procesu pokojowego między Koreami.
Prezydent Południa Moon Jae-in jeszcze podczas kampanii wyborczej na wiosnę 2017 roku zapowiadał, że jednym z głównych jego celów ma stać się doprowadzenie do przełomu w procesie otwierania Północy na świat. Rodzice prezydenta pochodzą z obecnej Korei Północnej, dlatego też polityczni przeciwnicy przezywali Moona ukrytym agentem komunistów.
Proces pokojowy prezydentowi w pewien sposób udawał się przez większą część 2018 roku, gdy organizowano spotkania z przywódcą Północy, Kim Dzong Unem i gdy jeszcze można było mieć nadzieję, że da się on zaprosić do Seulu. Do tego jednak nie doszło, a wraz z fiaskiem szczytu Kima z ówczesnym prezydentem USA, Donaldem Trumpem w Hanoi pod koniec lutego 2019 roku reżim zaczął się na powrót zamykać w obrębie swoich granic.
Seul nie chce drażnić Pjongjangu
Dla Moon Jae-ina była to osobista porażka, dlatego obecnie, z początkiem 2021 roku prezydent zaczął ponownie starać się o nowe otwarcie i powrót do rozmów z Kim Dzong Unem. Dobrym punktem nowego startu może być wciąż Joe Biden jako następca Trumpa, który chce działać wobec Północy całkowicie inaczej niż poprzednik. Nic więc dziwnego, że prób zbliżenia lub, może bardziej trafnie, nie drażnienia Kima prezydent Południa podejmuje wiele. Jedną z nich był projekt ustawy nakładającej na aktywistów wysyłających w stronę reżimu ulotki zniesławiające komunizm i przywódcę. Propozycja prawa wzbudziła szereg kontrowersji, bo nagle okazało się, że w demokratycznej Korei Południowej nie będzie można robić wszystkiego, że swoboda wypowiedzi – w tym przypadku krytyki północnokoreańskiego komunizmu – zostanie zabroniona. Opozycja złożona z obozu konserwatystów podniosła krzyk, że propozycja Moon Jae-ina winna trafić pod trybunał ds. praw człowieka.
Nic się jednak takiego nie wydarzyło, a nowe prawo weszło w życie i działa. 6 maja południowokoreańska policja egzekwowała je wobec jednego z byłych uciekinierów z Północy, Park Sang-haka, który od lat wysyła do byłej ojczyzny ulotki.
Park kieruje organizacją o nazwie „Bojownicy o wolną Koreę Północną” skupiającą innych zbiegów z Północy. Zdaniem policji działacze Parka pod koniec kwietnia 2021 roku wypuścili w stronę reżimu dziesięć balonów z ponad pół milionem ulotek. Trwa śledztwo i sprawdzanie dalszych szczegółów sprawy, ale jeżeli pierwsze informacje się potwierdzą, Park może stać się pierwszą osobą skazaną na Południu w myśl nowych przepisów. Za wysyłanie ulotek na Północ grozi do trzech lat więzienia lub 30 mln wonów (nieco ponad 100 tys. zł) grzywny.
Północ w odpowiedzi na wysyłanie ulotek nigdy nie przebierała w słowach. Uciekinierów nazywa się „śmieciami” i „ludzkim ścierwem”, a południowokoreańskich polityków „chłopcami na posyłki dla USA”.
Jeszcze przed sześcioma laty, za rządów Kim Dzong Una (objął przywództwo kraju po śmierci ojca w grudniu 2011 roku), reżim także wysyłał na Południe własne materiały. Przygraniczne miasto Paju położone na 38. równoleżniku stanowiącym umowną granicę między Koreami nawiedzały wówczas nietypowe opady. Z nieba lecą ulotki. Przysyła je Korea Północna, są pełne krytyki ówczesnej południowokoreańskiej prezydent Park Geun-hye, ale także Zachodu i ówczesnego prezydenta USA Baracka Obamy.
Wytęsknione (i mało prawdopodobne) zjednoczenie
Niektóre z tych papierowych paczuszek są w stanie uszkadzać dachy samochodów. Grad ulotek był w stanie wywołać takie straty w Goyang oddalonym o 12 km od Paju. Reżim przysyłał je balonami, podobnie jak rok wcześniej Południe, gdy materiały propagandowe leciały w odwrotnym kierunku.
Korea Północna domagała się wtedy, by Seul wstrzymał nadawanie audycji propagandowych emitowanych przez potężne głośniki nad granicą. Przy dobrej pogodzie ich sygnał dochodzi nawet do 24 km w głąb kraju. Emisje powróciły niedługo po tym, jak Pjongjang przyznał się do czwartej, nielegalnej próby jądrowej przeprowadzonej 6 stycznia 2016 roku.
Mieszkańcy miejscowości znajdujących się w bezpośrednim sąsiedztwie strefy DMZ (zdemilitaryzowana granica na 38. równoleżniku) otrzymują od państwa dofinansowanie do prowadzonych gospodarstw, ich dzieci także mogą liczyć na wsparcie studiów. Seul chce, by otoczenie granicy przypominało możliwie normalny świat. Do dyspozycji są schrony zdolne pomieścić około 300 osób każdy. To jedno przestronne pomieszczenie z wydzielonym pokoikiem na toaletę i zlewem ulokowanym pod jedną ze ścian. Na wypadek ataku, ostrzału czy nawet inwazji na szukających schronienia czekają maski przeciwgazowe, środki higieny oraz prowiant na jedną dobę. Potem trzeba szukać kolejnego schronu.
Południe przygotowane jest na każdą okoliczność, także tę najbardziej wytęsknioną, ale wciąż najmniej prawdopodobną. Stacja kolejowa bezpośrednio przy DMZ (strefa zdemilitaryzowana między obiema Koreami) jest w stanie obsłużyć 200 pociągów w ciagu 50 minut. Zjednoczenie może nadejść nagle i jedno jest pewne – będzie wymagało wiele wysiłku i energii. Pytanie tylko, kto jeszcze wierzy, że taki czas naprawdę nadejdzie i nie skończy się jedynie na wzajemnym zasypywaniu się ulotkami.
RAFAŁ TOMAŃSKI
Dyrektor Działu Chin i Azji Wschodniej. Dziennikarz, japonista, autor książek o Japonii i obu Koreach. Pracował w Pekinie jako korespondent PAP na Azję. Wielokrotnie relacjonował międzynarodowe szczyty w tamtym regionie dla polskich mediów, m.in. G20 w Hangzhou w 2016 r. i Osace w 2019, czy drugi szczyt Trump-Kim w Hanoi w 2019 roku.
Od czerwca 2020 roku prowadzi „Środek od środka”, cykl nagrań przybliżających azjatycką historię, kulturę, literaturę i życie codzienne na rozmaitych platformach społecznościowych.